Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania san diego, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania san diego, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

San Diego, czyli powiew Meksyku

Do San Diego wyruszyliśmy w niedzielę, piękną i malowniczą drogą wzdłuż oceanu. Miasto leży przy granicy z Meksykiem, dlatego też wielu turystów przekracza granicę i udaje się do Tijuany – meksykańskiego odpowiednika miasta Świętego Dydaka ( to podobno polski odpowiednik imienia Diego). Nam niestety nie wystarczyło na to czasu, ale i tak wspominam San Diego z wielkim sentymentem. Pojechaliśmy trochę nieprzygotowani, planując zwiedzanie spontaniczne. Sprawdziliśmy na Tripadvisor, jakie są najpopularniejsze atrakcje miasta  i wybraliśmy te, które wydały nam się ciekawe i które byliśmy w stanie objechać w ciągu 1,5 dnia, jaki mieliśmy do dyspozycji.

Postanowiliśmy ominąć popularne Sea World* i Zoo, ponieważ w każdym z tych miejsc najlepiej spędzić cały dzień. Udaliśmy się na początek do Starego Miasta. Czułam się tam trochę, jak przeniesiona nagle do filmu o Zorro. Piękno tego miejsca jest naprawdę urzekające. Stare Miasto to historyczne budynki, wszystkie w stylu meksykańskim lub w klimacie dzikiego zachodu, pomalowane na biało, odbijające się od otaczającej zieleni, ogromnych kaktusów  i połaci pomarańczowego  piasku, które pozostawione w niektórych miejscach mają zapewne przywodzić na myśl pustynię.  W budynkach, zupełnie nie psując klimatu i nie wyróżniając się z otoczenia, znajdują się sklepy z pamiątkami, restauracje oraz muzea. Można tam kupić poncho, białe falbaniaste bluzki i długie kolorowe spódnice (żeby wyglądać jak Catherine Zeta Jones w Masce Zorro), kolorową biżuterię, przyprawy, wyroby garncarskie, albo magnesiki z meksykańskimi Mariachi.


Restauracja

Wycieczka po Old Town San Diego

"Gospodarz" sklepu :)
W innych budynkach zapoznać się można  z historią i kulturą tego pięknego miejsca. W starej szkole pani ubrana w stój z epoki oprowadza wycieczkę dzieci. Można wejść do odrestaurowanego domu. muzeum powozów albo biura szeryfa. Można też zjeść przy dźwiękach latynoskiej muzyki dobywającej się z głośników w kąciku restauracyjnym.

Wnętrze domu - muzeum
Studnia za domem (by Ukochany)

U Szeryfa

Spodobała nam się idea skomercjalizowania historycznych budynków. Było to zrobione w sposób bardzo skoordynowany, wszystko zorganizowano w stylu pasującym do budownictwa i nic bardzo współczesnego nie rzucało się w oczy. Wręcz przeciwnie – restauracje czy sklepy tchnęły życie w martwe budynki, które inaczej byłyby pewnie smutnym muzeum. I dodatkowo zapewniają środki na utrzymanie historycznego Old Town.

Samo stare miasto jest dość małe, więc wystarczy na nie przeznaczyć 2 godziny, chyba że planuje się obiad J W okolicy starego miasta znajduje się mnóstwo sklepów i restauracji, wszystkie utrzymane w stylu z epoki.

W San Diego można też znaleźć wiele pięknych miejsc dla wielbicieli zieleni, surfingu i oceanicznej dzikiej natury, jak również punktów widokowych na Ocean. Wybraliśmy na pierwszy ogień okolice La Jolla (czyt. la hoja). Ze Starego Miasta pojechaliśmy na Mount Soledad, czy na wzgórze z pięknym widokiem na miasto i ocean. 

Mount Soledad

Panorama z Mount Soledad (by Ukochany)

Zachęceni opisami La Jolla shores udaliśmy się potem na plażę. Nie zrobiła ona na nas piorunującego wrażenia, nie różniła się od wszystkich innych miejskich plaż, a pogoda nas nie rozpieszczała. Było dość zimno, mgliście i wietrznie, nawet jak na marzec, a słońce uparcie nie chciało wyjść za grubej warstwy chmur. Mieliśmy jeszcze w planach Point Loma, ale zrezygnowaliśmy ze zwiedzania miejsc nad oceanem z uwagi na pogodę i chęć zobaczenia czegoś innego niż plaża i ocean w mieście (po trzech dniach już nasyciliśmy oczy tym widokiem). Na pewno moje wrażenia byłyby inne w upalne letnie przedpołudnie :)

Na szczęście po południu niebo się rozjaśniło i wróciła piękna pogoda. Chcieliśmy jeszcze pojechać do Botanical Building (kochamy ogrody botaniczne i odwiedzamy je wszędzie, gdzie się da). Wiedzieliśmy jedynie, że znajduje się on w pobliżu Zoo i spodziewaliśmy się małej palmiarni. I tak, zupełnie przypadkiem, trafiliśmy do Balboa Park, wspaniałego miejsca, pełnego zieleni i spokoju. Spodobało się nam tam tak bardzo, że spędziliśmy tam kilka godzin.  Balboa Park to piękny i bardzo zielony kompleks złożony z kilkunastu muzeów i kilkunastu wspaniałych ogrodów.

Budynki muzeów są zbudowane w bogatym w ozdoby stylu Spanish Renaissance (nigdy nie słyszałam polskiego odpowiednika) i wyglądają przepięknie – przynajmniej z zewnątrz . Nie weszliśmy do żadnego z nich, gdyż jako wielbiciele słońca i natury wybraliśmy się po wycieczkę po ogrodach.  I tu ostrzeżenie - pracuj nad kondycją – można się trochę nachodzić J.  

Architektura Balboa Park

Mamy w Balboa Park piękny ogród różany – chlubę parku i ogród kaktusowy położony na brzegu skarpy, która schodzi na dół do drogi. Mamy Zoro Garden, gdzie tuż obok mnie przyleciał do kwiatka koliber, którego niestety wystraszyłam próbując nerwowo uruchomić aparat.  Są tam wspaniałe sadzawki, długie malownicze alejki i nawet mini-wąwóz z roślinnością tak ogromną i dziką, że skojarzył mi się z parkiem jurajskim J Spacery były wspaniałe i zajęły nam tyle czasu, że nie zdążyliśmy dotrzeć do Botanical Garden, nieświadomi, że jest otwarty tylko do 16 (przyszliśmy o 16:05). Mała to jednak strata biorąc pod uwagę mnogość pięknych zakątków, które udało nam się zobaczyć. 
Rose Garden w Balboa Park
Alcazar Garden w Balboa Park (by Ukochany)
Desert Garden w Balboa Park
Balboa Park
Balboa Park
Dla zainteresowanych na stronie Balboa Park znajduje się mapka z atrakcjami, gdzie można od razu włączyć Street View J (http://www.balboapark.org/maps?tid=14). W punkcie informacji dla turystów można dostać mapkę parku ze wszystkimi atrakcjami i z krótkim opisem jego historii. W kompleksie znajduje się również jedna z najpopularniejszych atrakcji San Diego – zoo, które słynie ze swojego safari. Jedzie się na wozie po terenie, gdzie zwierzęta poruszają się na wolnej przestrzeni, można karmić żyrafy i poczuć namiastkę Afryki.  Jest to jednak dość droga rozrywka.

Kilkugodzinna wycieczka po ogrodach okazała się tak męcząca, że na tym zakończyliśmy zwiedzanie :)

Gdzie nocować

To jak zwykle kwestia gustu i osobistych wymagań J My mieszkaliśmy w rejonie zwanym Hotel Circle. Stoi tam hotel obok hotelu, wszystkie położone blisko ruchliwej trasy, co sprawia, że jest w nich nieco głośno. Zdecydowaliśmy się na Travelodge Mission Valley (obecnie Atwood Hotel) ze względu na położenie oraz dobre opinie i bardzo dobrze go wspominamy. W hotelu są duże wygodne pokoje, mikrofalówki ( co prawda 2 na cały hotel, ale my nigdy nie staliśmy w kolejce),  pralnia (to ważna rzecz w długiej podróży ;) i bezpłatny parking. Ceny są całkiem przystępne. Wady? Nieco papierowe ściany, ale to powszechna przypadłość większości budżetowych hoteli/moteli w USA.

Parkowanie

Z tym w San Diego nie mieliśmy problemów, wszędzie były bezpłatne parkingi, bądź to wydzielone, bądź przy krawężniku.  

*Sea World to park rozrywki z basenami, zjeżdżalniami, kolejkami górskimi i pokazami delfinów, bardzo popularne rodzinne miejsce rozrywki.

piątek, 8 sierpnia 2014

Joshua Tree National Park – w krainie Drzew Jozuego

Z San Diego wyruszyliśmy w kierunku Wielkiego Kanionu, po drodze przejeżdżając przez mniej popularny park narodowy Joshua Tree. Mieliśmy do wyboru zwiedzenie parku lub pojechanie nieco bardziej na północ i odwiedzenie Calico Ghost Town. Po namyśle, jako wielbiciele natury, wybraliśmy pierwszy wariant. Obejrzeliśmy trochę filmów na YouTube i poczytaliśmy nieco o parku. Niemal wszędzie przeważały opinie, że jest to miejsce, przez które się przejeżdża, ogląda i raczej intensywnie nie zwiedza. Stąd też zaplanowaliśmy na nie nieco więcej niż pół dnia. Z przyczyn logistycznych postanowiliśmy bowiem nocować poprzedniej nocy w San Diego (wcześniej rozważaliśmy opcję wyjechania wieczorem i noclegu po drodze lub w Palm Springs), a podróż z San Diego do Joshua Tree zajęła nam kilka godzin. Na miejsce dotarliśmy już po południu. Wjechaliśmy do parku od strony północnej z Twentynine Palms, wstępując po drodze do Oasis Visitor Center. Do parku można również dostać się wjazdem przy Joshua Tree Visitor Center, położonym na zachód od Oasis, które my po prostu przegapiliśmy po drodze :). Ta druga opcja może być nieco lepsza logistycznie, gdyż nie wymaga zawracania na trasie. Z Oasis Visitor Center zabraliśmy papierowe mapy parku (rzecz bardzo ważna, dobrze zawsze mieć je przy sobie) i przy okazji zjedliśmy pustynny obiad przy drewnianym stoliku na zewnątrz.



Od początku uderzył nas skwar lejący się z nieba. Po kilku dość chłonnych i wietrznych wiosennych dniach, które spędziliśmy w LA i San Diego, upał i słońce były jednak przyjemną odmianą. Wtedy naprawdę poczuliśmy, że jesteśmy na pustyni. Na szczęście (działająca) klimatyzacja w samochodzie wspaniale ratuje przed przegrzaniem. Parki pustynne, takie jak Joshua Tree czy Death Valley najlepiej zwiedzać właśnie wiosną – latem temperatury są już zbyt wysokie, nie tylko dla człowieka, ale również dla samochodu :) Później dowiedzieliśmy się, że wybraliśmy się tam w dobrym czasie również z innego powodu – przy wyższej temperaturze w parku jest więcej węży i łatwo natknąć się na niebezpieczne zwierzę na szlaku.

Na bramce kupiliśmy bilety i pani Park Ranger zrobiła nam wykład na temat zawodności GPS i innych urządzeń elektronicznych na pustyni oraz postraszyła straszną śmiercią, gdybyśmy się zgubili i nie mieli ze sobą papierowych map. Park rangerzy robili na mnie zawsze duże wrażenie swoim zaangażowaniem i miłością do pracy. :) A porady pani są bardzo słuszne – często zdarzają się turyści nieprzygotowani do podróży, którzy przyzwyczajeni do tego, że w Ameryce wszędzie mogą dojechać samochodem dzięki znakomitej infrastrukturze oraz kupić coś do jedzenia i picia, nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństw. I faktycznie – w pustynnych parkach giną turyści – z braku wody, przegrzania, wycieńczenia. Dlatego trzeba być ostrożnym i nie zbaczać w nieznane rejony.

Na miejscu okazało się, że nasi internetowi anonimowi informatorzy mocno nie docenili parku. Było w nim przepięknie. Pogoda była wspaniała. Intensywnie niebieskie niebo kontrastowało z jasnym piaskiem i żółtawym kolorem skał. Jechaliśmy kilometrami przez pustynię i rozległe lasy drzewek Jozuego, wznoszących swoje krzywe ramiona ku niebu. Joshua Tree to (wbrew nazwie) nie drzewo, a gatunek krótkolistnej i długowiecznej jukki, która przybyłym na pustynię w XIX wieku Mormonom przypominała rozmodlonego Jozuego.

Drzewo Jozuego

Znak rozpoznawczy parku to nie tylko charakterystyczne drzewka, ale również wspaniałe żółtawe formacje skalne, opływowe głazy o fantazyjnych kształtach, między którymi wiodą piesze szlaki. Najbardziej znana jest skała przypominająca kształtem ludzką czaszkę (Skull Rock).

Park narodowy Joshua Tree
(by Ukochany)

Skull Rock
(by Ukochany)
Przez park prowadzą asfaltowe drogi, a po obu stronach co jakiś czas wybudowane są zatoczki, które służą za punkty widokowe. Jest też nieco dróg gruntowych, ale jeśli masz wypożyczony samochód, i tak zapewne będziesz je omijać. Sposób zwiedzania zależy od ilości dostępnego czasu. Przy wjeździe oprócz mapy dostaje się informator z aktualnymi warunkami pogodowymi, drogowymi, przyrodniczymi, opisem atrakcji, geologii, flory i fauny. Są tam też opisy szlaków i propozycje tras zwiedzania dla różnych opcji czasowych. Opcja przejechania się drogami asfaltowymi i zatrzymywania w punktach widokowych jest polecana osobom, które mają do dyspozycji ok. pół dnia. W jeden dzień można przejść się dodatkowo krótszymi szlakami (to udało nam się zrealizować). Moim zdaniem w parku spokojnie można spędzić nawet kilka dni, jeśli lubi się tego typu przyrodę. Gdzie nocować? W parku znajdują się kempingi, można tam nocować w przyczepie, samochodzie, namiocie. Warunkiem jest przywiezienie ze sobą dużej ilości wody. Joshua Tree NP jest też bardzo popularny wśród wspinaczy, którzy mają pod dostatkiem skał i wspaniałych widoków.

Tablica w jednym z punktów widokowych

Formacje skalne w Joshua Tree NP
Jadąc główną drogą, zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach i punktach widokowych (Skull Rock, Hidden Valley).

Na jednym z parkingów zaczepiła nas na pani w dużym, lekko przyrdzewiałym pickup trucku, jakie widuje się w filmach o farmerach. Razem z panią, która sądząc po wyglądzie i akcencie pochodziła z mniej zurbanizowanej części amerykańskiego Południa, w samochodzie siedziało trzech naprawdę rosłych młodzieńców. Wszyscy z zachwytem wpatrywali się w nasze auto, zachwalając głośno jego kolor i wypytując, gdzie kupiliśmy takie cudo. Na wieść, że jesteśmy z Polski całej czwórce z hukiem opadły szczęki, a pani wyraziwszy zachwyt nad naszą długą podróżą, pożegnała nas radosnym "God bless you!"

Do przejścia w całości wybraliśmy jeden szlak (na tyle wystarczyło nam czasu) - do Barker Dam. Wiódł on do malowniczego jeziorka, małej zielonej oazy w środku pustyni, gdzie zobaczyć można dzikie kaczki i inne wodne ptactwo. Jeziorko jest pochodzenia sztucznego i było kiedyś utworzone przez hodowców bydła. Szlak jest krótki (1,5 mili) i bardzo ładny, w sam raz na spacer. Jest to szlak typu loop trail (pętla), czyli idzie się i wraca do tego samego miejsca inną drogą. 

Jeziorko przy Barker Dam
Szlak przy Skull Rock...
...który tak wygląda dalej
Później pojechaliśmy do Keys View . Jest to wzgórze, na które wjeżdża się samochodem.  Rozciąga się z niego przepiękny widok na pustynię Mojave. Niesamowite jest wzmagane silnym, niczym nie zatrzymywanym wiatrem, uczucie ogromnej otaczającej nas przestrzeni, na której widać jedynie piaszczyste wzgórza. Dotarliśmy tam już późnym popołudniem, więc zachodzące słońce podświetlało wspaniale białą mgłę wlewającą się na pustynię między wzgórzami akurat od strony zachodu. Wyglądało to wspaniale, jak rozświetlony złotymi promieniami delikatny puchowy dywan. Po zapoznaniu się z tablicami informacyjnymi dowiedzieliśmy się, że owa mgła to nic innego jak smog z Los Angeles przenoszony wiatrem nad pustynię. Cóż, czar prysł, ale widok, choć nieco ograniczony smogiem,  i tak był niezapomniany. 

Panorama z Keys View
(by Ukochany)
Park Joshua Tree składa się z dwóch części, w północnej, którą opisałam wyżej, znajdziemy drzewka Jozuego i malownicze formacje skalne. Zbaczając bardziej na południe zobaczymy, że krajobraz się zmienia. Ogromne przestrzenie są opanowane przez niewielkie kaktusy Cholla. Nie zostało nam zbyt wiele czasu na odwiedzenie tej części parku i spieszyliśmy się, żeby przed zachodem słońca zobaczyć choć jej fragment. Jednocześnie trochę żałowaliśmy, że nie możemy zostać tam dłużej, i że wcześniej nie wiedzieliśmy, jak jest tam pięknie :) Zjeżdżaliśmy drogową serpentyną w dół, więc niekończące się pola kaktusów były akurat oświetlone miedzianymi promieniami zachodzącego słońca, co przedstawiało sobą przecudny widok. Niestety nasze aparaty nie zdołały uchwycić tej przestrzeni i malowniczości. Dojechaliśmy do ogrodu kaktusów Cholla (Cholla Cactus Garden), gdzie już prawie o zmierzchu przechadzaliśmy się między kaktusami. Wspaniały widok. Plan minimum zaliczony, nawet z nawiązką :) Gdybym miała jeszcze raz odwiedzić Joshua Tree NP, postarałabym sobie wygospodarować na to przynajmniej jeden cały dzień.

Cholla Cactus Garden
(by Ukochany)
Cholla Cactus Garden
Cholla Cactus Garden
W drogę powrotną udaliśmy się tą samą trasą z powrotem na północ, kierując się na nocleg w kierunku Kingmana. Nawigacja pokierowała nas na ciemną i prostą po horyzont (chyba, bo nie było widać aż tak daleko ;) Historic Route 66. Dziwnie jechało się przez pustynię w zupełnych ciemnościach. W Polsce zawsze gdzieś są jakieś światła, choćby jadących samochodów. W USA przez kilka godzin można nie spotkać ani jednego. Mijaliśmy jakieś auto może raz na pół godziny. Na dworze było niemal 30 stopni ciepła, a na niebie można było zobaczyć chyba najdalsze znane gwiazdy ;) Już po dwóch godzinach jechania prostą drogą broniliśmy się przed zaśnięciem ostatkiem sił. Otrzeźwił nas dopiero widok samochodu policyjnego stojącego na poboczu w środku pustyni i czyhającego na piratów drogowych. Na szczęście nie ulegliśmy wcześniej pokusie lekkiego przyspieszenia na pustej drodze, mimo ogromnej chęci dotarcia wreszcie do hotelu. Po tej przygodzie pokusa już nie występowała. :)

Już po powrocie do Polski dowiedziałam się, że w pobliżu jest Oatman Ghost Town (nie trzeba było jechać aż do Calico). Niewielki mielibyśmy z tej wiedzy pożytek, bo i tak nie mieliśmy nadprogramowego czasu, ale może następnym razem się uda :) 

Moja rada – jeśli wybierasz się na szlaki i zamierzasz wysiadać z samochodu, zabierz buty trekkingowe, najlepiej za kostkę. Nie tylko łatwiej będzie Ci się poruszać, ale unikniesz bliskich spotkań trzeciego stopnia z mniejszymi i większymi rdzennymi mieszkańcami pustyni, którzy nie zawsze mogą być przyjaźnie nastawieni do Twoich stóp ;). I pamiętaj – weź duży zapas wody.


Mniej groźny mieszkaniec pustyni Mojave




niedziela, 20 lipca 2014

It never rains in southern California…

Nie do końca jest to prawda, ale komu by to przeszkadzało?

Kalifornia to przepiękny stan, w którym słońce świeci przez większość dni w roku, zapach z upraw pomarańczy unosi się nad miastami, a na pustyni kwitną kwiaty. To miejsce, gdzie kwitnie Dolina Krzemowa, gdzie kultura południowoamerykańska miesza się z anglosaską i azjatycką, a początkujący i aspirujący celebryci szukają szczęścia w życiu. To również region, gdzie tankowanie jest najdroższe w całych Stanach, a fatalna jakość powietrza jest stałą częścią codziennej prognozy pogody, ale te wady nie powinny Was zniechęcać do odwiedzenia do odwiedzenia "Złotego Stanu".

Najwspanialsza dla mnie w tym miejscu jest chyba jego różnorodność. Kalifornia to fascynująca kraina wielu rożnych klimatów i środowisk. Znajdziemy tam duże miasta, jak Los Angeles, San Diego, czy aglomeracja San Francisco (Bay Area) - wszystkie położone nad oceanem, a także góry, pustynie, ogromne lasy, jeziora i oczywiście plaże. 

Uprawa pomarańczy w Kalifornii
Wybrzeże Kalifornii to raj dla miłośników piękna przyrody, słońca, morskich zwierząt, surferów i plażowiczów. W miastach położonych nad oceanem centrum życia stanowią deptaki przy plaży, tak jak to widzimy w hollywoodzkich filmach. Poza miastami, wzdłuż wybrzeża mieści się kilka parków stanowych dla turystów preferujących kontakt z nieco bardziej dziką przyrodą. Z LA do San Francisco wiedzie nad brzegiem oceanu malownicze trasa nr 1, której odcinek zwany Big Sur zapewnia chyba najpiękniejsze widoki oceanu jakie widziałam w życiu (szczególnie dla pasażera ;)  

Wielbiciele gór też znajdą dla siebie sporo atrakcji. Majestatyczne pasmo Sierra Nevada rozciąga z północy na południe się wzdłuż niemal całego stanu, zatrzymując oceaniczne powietrze. W górach znajdują się trzy słynne parki narodowe: Yosemite, Sequoia i Kings Canyon. 

Na południu i wschodzie stanu ogromny obszar zajmuje natomiast pustynia Mojave i słynna Dolina Śmierci. To suche i nieprzyjazne człowiekowi środowisko, gdzie można znaleźć tak piękne zakątki jak park narodowy Drzew Jozuego (Joshua Tree NP), poczuć potęgę przyrody i ogrom surowej przestrzeni przejeżdżając przez ekstremalnie gorącą Death Valley oraz obejrzeć połacie zastygłej lawy.

Kalifornia to dość bogaty stan, posiada dobrą i gęstą infrastrukturę drogową w rejonie wybrzeża. Jednak mi najwięcej przyjemności sprawiały nie podróże po części zurbanizowanej, ale te w rejonach górskich i pustynnych, zwłaszcza w drodze powrotnej z Doliny Śmierci. Niektóre okolice Death Valley to miasteczka częściowo opuszczone, wyraźnie przemysłowe, gdzie z drogi (gdzieniegdzie podziurawionej jak polskie krajówki) widać mnóstwo zapuszczonych budynków z zabitymi oknami, które podczas naszej wieczornej podróży wyglądały jak miasta duchów. 

A jeśli już mowa o miastach duchów (ghost towns), to w Kalifornii jest ich kilka, głównie związanych z dawnymi kopalniami złota (dla niewtajemniczonych – ghost town to opuszczone miasto, zazwyczaj kilka budynków, czasem szyb kopalni. Niekoniecznie są tam duchy, za to bardzo często sklepy i przewodnicy oferujący wycieczki z dreszczykiem;). Myślę, że na pewno warto odwiedzić to najpopularniejsze, czyli Calico Ghost Town. Jest ono dobrze przygotowane do obsługi ruchu turystycznego i choć może sprawiać wrażenie zbyt skomercjalizowanego, moim zdaniem i tak posiada niesamowity klimat starego dzikiego zachodu (Wild Wild West town). Nam się niestety nie udało zmieścić go w harmonogramie, ale filmy i zdjęcia można łatwo znaleźć w internecie.

A oto kilka dodatkowych faktów o Kalifornii dla zainteresowanych:
  • Nie każdy wie, że stolicą stanu nie jest żadna z ogromnych metropolii, a położone na północy nieco mniejsze Sacramento. W jego pobliżu znajduje się przepiękne jezioro Tahoe, które niestety nie zmieściło się w naszym planie podróży
  • Z uwagi na bliskość Meksyku i migrację ludności z Ameryki Południowej i Środkowej, w Kalifornii odczuć można na każdym kroku mieszankę kultur. Przejawia się to zarówno w języku (według Wikipedii 30% populacji posługuje się hiszpańskim jako swoim pierwszym językiem), jak i w kuchni. Nie trzeba przekraczać południowej granicy, żeby zjeść dobre tacos. To, co rzuca się w oczy na ulicy, to właśnie duża liczba osób o rysach latynoskich (wg Wikipedii niemal 40% populacji) lub azjatyckich (14% populacji). Hiszpańską hisotrię Kalifornii widać przede wszystkim w nazwach miast i regionów, które po dzień dzisiejszy są hiszpańskojęzyczne (San Fransico, Los Angeles, San Bernardino, San Diego, Santa Barbara, pustynia Mojave, itd.).

Stare Miasto w San Diego 
Uderzające piękno Kalifornii jest niestety zmącone dużym zanieczyszczeniem powietrza i zniszczeniem środowiska naturalnego, którego źródłem jest przede wszystkim moloch Los Angeles. Kalifornia jest stanem o najgorszej jakości powietrza w USA. Smog ciągnący się z miasta pokrywa pustynię Mojave przepiękną (cóż za ironia) białą, lśniącą w słońcu mgłą, która oglądana z daleka wygląda lekko jak puszysty dywan, ukrywając przed wzrokiem smutną rzeczywistość. A rzeczywistość można śledzić oglądając prognozy pogody, które zawsze podają poziom ozonu we wdychanym powietrzu, którego duża ilość powoduje negatywne skutki dla zdrowia. 

Podczas naszej podróży po stanie, którego ogromną przecież część zajmują obecnie rezerwaty przyrody, trudno było uwierzyć, że tak wspaniałe miejsce jest tak zniszczone przez człowieka. Jakże zatem niesamowicie musiały wyglądać te tereny przed zurbanizowaniem! Dzika przyroda, wspaniały klimat, aż chciałoby się cofnąć nieco w czasie (no może nie do końca, czasy gorączki złota niekoniecznie sprzyjały rekreacji ;). Chociaż z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że współczesne miasta są również niesamowite i trudno wyobrazić sobie wycieczkę do Kalifornii bez odwiedzenia na przykład San Francisco. 

W każdym razie jestem pewna, że miesiąc zwiedzania na nie zaszkodzi Twojemu zdrowiu, drogi Czytelniku, i że naprawdę warto spędzić w Kalifornii wspaniałe wakacje! 

Smog z Los Angeles nad pustynią Mojave

sobota, 26 lipca 2014

W Mieście (nieco brudnych) Aniołów

Pierwsza rzecz, którą zauważa się po wjeździe do Los Angeles, to ... drogi. Mnóstwo dróg. I jeszcze więcej dróg. Cztery pasy mkną z naszej lewej strony, cztery pasy z prawej strony. Szukamy zjazdu z autostrady. O! Jest znak, jeszcze tylko półtorej mili. Nawigacja krzyczy: keep right! keep right! Zjeżdżamy na skrajny prawy pas. Uff..., cztery pasy pokonane niemal za jednym zamachem. A tu nagle, ni stąd, ni zowąd, po prawej pojawiają się kolejne cztery. Cóż, wlot drogi. Do zjazdu tylko pół mili. Dalej: keep right, keep right! Jedziemy, inaczej będzie trzeba nadrobić kilkanaście kilometrów...

I tak okazuje się, że aby dostać się do zjazdu, trzeba pasów pokonać co najmniej dziesięć i po drodze wpuścić samochody z trzech wlotów "na suwak" próbując się przez nie przebić na prawo :) Wygląda to z daleka tak, że w miejscu, gdzie inna droga łączy się z naszą z prawej strony, fala samochodów z lewej (przygotowująca się do kolejnego zjazdu) i fala samochodów z prawej najeżdżają na siebie, kotłują przez chwilę, by za moment ułożyć się w całkiem grzecznie poukładany peleton, a następnie rozstąpić jak Morze czerwone na najbliższym zjeździe. Całe szczęście, że w USA jest to o wiele łatwiejsze niż pewnie byłoby w Polsce. :) Ale o tym napiszę innym razem.

W każdym razie, gdyby ktoś mnie dziś zapytał, co pamiętam najbardziej z wycieczki do LA, to wiem jaki obraz ujrzę przed oczami:



Tam nie ma miasta, są same drogi ;)

Drogi i parkingi.

Los Angeles to ogromny moloch, o powierzchni 1300 km2. Mieszkają w nim 4 miliony ludzi (15 milionów w aglomeracji), co plasuje miasto aniołów na drugim miejscu w USA, po Nowym Jorku. Miasto jest rozłożone na dużym obszarze, tak więc aby dostać się gdziekolwiek, korzysta się z gęstej sieci autostrad i dróg, często otoczonych murkiem z każdej strony. Dlatego też z takiej autostrady niewiele widać :) Transport publiczny funkcjonuje (nie ma metra, jest za to sieć autobusów), ale kultura samochodowa jest tak silnie zakorzeniona, że samochodami jeżdżą wszyscy: miejscowi i przyjezdni.

Jeśli jesteś mało doświadczonym kierowcą, proponuję nie zaczynać podróży od LA, bo ogrom ruchu i prędkość jazdy mogą być mocno przytłaczające, zwłaszcza dla człowieka, który kilkanaście ostatnich godzin spędził w samolocie i w jego "starej" strefie czasowej właśnie jest środek nocy.

Sprawdziłam na własnej skórze. Na szczęście Ukochany jest doskonałym nawigatorem i nie musiałam się martwić o szukanie właściwej drogi (łatwiej przejechać 10 pasów, jeśli się o tym wie odpowiednio wcześnie). Pomogły mi w tym również wieczorne korki (korek oznacza, że się jedzie, tyle ze wolniej ;)

Chociaż z drugiej strony po dwóch dniach takiego jeżdżenia miałam zapewne jakieś + 1000 do drogowego doświadczenia i żadna późniejsza trasa nie była mi straszna (no może poza jedną, ale o tym też innym razem).

Jeśli planowałeś/aś pochodzić po Los Angeles, musisz zmienić plany. Po mieście nie da się chodzić, właściwie wszędzie trzeba jeździć samochodem (lub komunikacją miejską). Oczywiście da się spacerować po jakiejś okolicy, ale niemożliwe jest przemieszczanie się w ten sposób na tak duże odległości, jakie występują w Los Angeles. Jedziesz pół godziny w jakieś miejsce, zwiedzasz, jedziesz pół godziny w inne miejsce, zwiedzasz, itd. (pół godziny to oczywiście wersja optymistyczna, w zależności od tego, jakie cele sobie obierzesz.). Przy planowaniu przejazdów warto zwrócić uwagę na to, gdzie napotkamy najwięcej korków. Zależy to oczywiście głównie od dnia tygodnia i pory dnia. My wyjeżdżając z LA do San Diego w niedzielę, widzieliśmy ogromy korek powracających do miasta samochodów.

Zwróć też uwagę na to, które drogi są płatne. Możesz je omijać, albo zdecydować się na przejazd, jeśli zależy Ci na czasie. Wiele wypożyczonych samochodów zbiera informacje zdalnie (żebyś nie musiał płacić przy każdym wjeździe). Jeśli urządzenie do rejestrowania opłat na płatnych drogach (toll roads) jest włączone, zapłacisz za wszystko razem przy oddawaniu auta do wypożyczalni.

Ogromna ilość ruchu samochodowego w LA przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska, o którym pisałam w poprzednim poście. Smog to wielki problem miasta, który dotyka również dalsze regiony (zatrute powietrze płynie jeszcze wiele kilometrów w głąb lądu). Władze miasta starają się ograniczać ruch, wprowadzając na przykład Car Poole, czyli pasy dla samochodów z więcej niż jedną osobą w środku (czasem więcej niż dwiema). Gdy ulica jest zakorkowana, car pool często umożliwia dość szybką jazdę. Nie znam szczegółów dotyczących polityki ekologicznej LA ani jej aktualnych rezultatów, ale na pierwszy rzut oka samochody wciąż są wszędzie.

Tak więc gdybym już musiała skreślić coś z mojej bogatej listy do zwiedzania, LA poszłoby na pierwszy ogień, choć teoretycznie jest w nim sporo do zobaczenia.

Co możemy zobaczyć i zwiedzić w LA i okolicach? Oto kilka moich propozycji (i antypropozycji ;):

1. Disneyland i Magic Mountain - to dwa parki rozrywki chętnie odwiedzane przez turystów przyjeżdżających do Los Angeles. Niedaleko, w kierunku San Diego, jest jeszcze Legoland. Mieliśmy w planach odwiedzenie Magic Mountain, a to ze względu na moją miłość do rollercoasterów i ogromny sentyment do amerykańskich parków rozrywki (pracowałam kiedyś w Cedar Point). Niestety zabrakło nam czasu i woleliśmy zamiast tego spędzić dodatkowy dzień na Big Sur, co było bardzo dobrym wyborem. Dla rodzin z dziećmi i fanów wesołych miasteczek jest to na pewno jedna z ciekawych opcji do rozważenia. W Europie nie ma tak dużych parków rozrywki jak w USA.
2. Universal Studios -  park tematyczny fabryki snów, z wieloma atrakcjami, do którego bilety kupuje się na cały dzień. Jest to dość droga rozrywka - ceny zaczynają się od ok. 100$, ale na pewno będzie wspaniałym wspomnieniem. My zrezygnowaliśmy z tego punktu programu.
3. Warner Bros Studio tours - studio oferuje kilkugodzinne wycieczki. Najtańsza 2,5-godzinna kosztuje ok 60$. Kolejna pozycja obowiązkowa dla miłośników kina. Warto rezerwować bilety z wyprzedzeniem. My również zrezygnowaliśmy z tej rozrywki z powodu ciężkiego jetlaga ;)
4. Hollywood sign - tego oczywiście nie może zabraknąć na liście. Wrócić do dom bez selfie ze słynnym znakiem, to jak wrócić z Paryża bez selfie z Wieżą Eiffla. Do znaku można podjechać bliżej na wzgórza Hollywood. Podobno okoliczni mieszkańcy nie są przychylni turystom i wszędzie stawiają powitalne znaki w stylu "Tourists go away!" ;) Nie sprawdziliśmy tego empirycznie, nam w zupełności wystarczył widok z Griffith Observatory.
Widok na wzgórza Hollywood z Grifith Observatory
(napis Hollywood jest w rzeczywistości bliżej i wydaje się znacznie większy, aparat oddalił obraz)
A tu wersja z zoomem
5. Griffith Observatory - obserwatorium astronomiczne z pięknym widokiem na znak i wzgórza Hollywood oraz rozciągające się po horyzont miasto. Do środka można wejść za darmo, znajduje się tam mała i bardzo ciekawa ścieżka edukacyjna, która bardzo przystępnie wyjaśnia np. powstawanie faz księżyca, jak działają teleskopy oraz jak ludzie na przestrzeni wieków mierzyli czas i wyznaczali np. pory roku. Główną atrakcją jest pokaz z cewką Tesli w roli głównej :)

Panorama Los Angeles z Griffith Observatory
(by Ukochany)

6. Aleja Gwiazd (Walk of Fame) - chyba nasze największe rozczarowanie - najpierw nieco stania w korkach, potem szukanie miejsca parkingowego w Hollywood and Highland Center (na szczęście parking jest ogromny - za postój płaci się w automatach w centrum handlowym i później ma się jakieś 15-20 minut na wyjazd). Z tarasu w centrum całkiem dobrze widać napis Hollywood: 

Widok na napis Hollywood z Hollywood and Highland Center
Obok centrum znajduje się Aleja Gwiazd i słynny Chinese Theatre. Jak wygląda? Chodnik jak chodnik, tyle że w gwiazdkowy deseń ;) A na nim TŁUMY. Trudno się przecisnąć. Z każdej strony zaczepiają ludzie rozdający ulotki. Każdy chce Cię zabrać na wycieczkę po domach celebrytów, za jedyne kilkadziesiąt $. Na każdym kroku stoją poprzebierani animatorzy, z którymi ludzie robią sobie zdjęcia. Spotkać można Kapitana Jacka Sparrowa, Batmana, Transformersów, Księżniczki z Bajki i kuso odziane policjantki. Nam serce skradł idealny sobowtór Samuela L. Jacksona, który wymachiwał bronią i wykrzykiwał teksty z Pulp Fiction. Gdyby nie świadomość, gdzie jestem, dałabym sobie uciąć rękę, że to oryginał. I tak mamy tłum, a po drugiej stronie ulicy ... sklepy z alkoholem, pamiątkami i śmieciowym jedzeniem. Zero magii.

Hollywood Walk of Fame
Tłumy pod Chinese Theatre

Tłumy pod Chinese Theathre

7. Chinatown - Najmniejsze Chinatown jakie dotąd widziałam w USA, za to z odpowiednio drogimi parkingami (5$/h). Zabudowania, choć nieliczne, są piękne. Nie ma długiej alejki ze sklepami, jakie można zobaczyć w innych miastach, ale znaleźć można bazarek i stoiska oferujące najróżniejsze gadżety, od koszulek i torebek po zegarki, perfumy i żółwiki w małych plastikowych akwariach. Jest też kilka sklepów z Chińskim jedzeniem, żeń-szeniem w koszach i różnymi bibelotami.

Chinatown w LA

Fontanna szczęścia w Chinatown LA
8. Little Tokyo - niewielkie, położone w Downtown, raczej nie robi wrażenia. Downtown LA to (takie jest przynajmniej moje wrażenie) raczej smutna dzielnica biurowców, w weekend życia na ulicach nie widać.
9. Santa Monica Beach - to pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, i które bardzo mi się podobało. Prowadzi do niego Santa Monica Blvd. Zaparkować można zarówno na parkingach w bocznych uliczkach (nie są drogie), jak i przy samym molo (tu cen niestety nie pamiętam). Widok na ocean jest przepiękny, a plaża bardzo szeroka. Wzdłuż wybrzeża ludzie spacerują i biegają, jest zielono, ładnie i przyjemnie. Na molo znajduje się diabelski młyn, restauracja, sklepy z pamiątkami i duża toaleta ;) Santa Monica to koniec historycznej legendarnej Route 66, dlatego wszędzie można kupić gadżety związane z trasą.

Molo w Santa Monica
(by Ukochany)

Molo w Santa Monica
(by Ukochany)
Plaża w Santa Monica
(by Ukochany)
10. Venice Beach - czyli to miejsce, gdzie (tu zacytuję znajomego) w filmach dziewczyny w bikini jeżdżą na rolkach. To centrum życia towarzyskiego przyciągające tłumy turystów. Jest tam piękna niekończąca się plaża, rzędy palm, siłownie na wolnym powietrzu dla lansiarzy ;), skatepark i oczywiście długa aleja zapełniona sklepami z pamiątkami, setkami turystów i lokalnych mieszkańców, dziesiątkami ulicznych artystów i różnych ciekawych indywiduów. To wspaniałe miejsce na wypoczynek. Polecam jechać tam dość wcześnie, gdyż ciężko o zaparkowanie. Parkingi są bardzo drogie, przy ulicy można parkować za darmo (uwaga na znaki! - groźba odholowania), tam gdzie krawężnik nie jest pomalowany na czerwono :)

Przy Venice Beach

Venice
Pamiątki z Venice Beach

11. Beverly Hills - wybraliśmy się na przejażdżkę do tej zielonej dzielnicy, ale jedyne, co udało nam się zobaczyć, to wysokie żywopłoty ;)

Z miejsc, których nie udało nam się odwiedzić mi najbardziej żal jednego - Mayan Theatre, gdzie mieliśmy iść potańczyć. Niestety zmęczenie po podróży dało nam się we znaki i zwyczajnie ... zaspaliśmy.

Gdzie przenocować w LA?

W Los Angeles jest mnóstwo hoteli w pobliżu głównych atrakcji turystycznych. My kierowaliśmy się przy wyborze ceną, bezpłatnym parkingiem, względnie spokojną okolicą i opiniami internautów. Dlatego wybraliśmy hotel położony nieco dalej, z którego musieliśmy co prawda codziennie dojeżdżać, ale za to bardzo przyjemny.
Nazywa się Titta Inn i ma klimat nieco podobny do hostelu. Obsługa jest rewelacyjna, rzadko spotyka się tak miłych ludzi. Chłopak w recepcji był bardzo uczynny i zaskoczył nas opowieścią o tym, jak to był kiedyś w Warszawie na konkursie matematycznym. Pokoje na kilka dni są bardzo w porządku, z łazienkami, klimatyzacją, czyste. Hotel, jak wiele tanich miejsc noclegowych w USA, jest zbudowany z papieru i czasem miałam wrażenie, że ściany drżą (i to niekoniecznie przez trzęsienie ziemi). Kiepsko wspominam jedynie materac, który był ekstremalnie miękki, wygnieciony i krzywy, ale mój kręgosłup przeżył na nim dwie noce J Hotel dysponuje własnym bezpłatnym parkingiem, nie ma w ofercie śniadań, ale w sali na dole jest mikrofalówka, lodówka, ekspres do kawy i darmowe napoje, owoce oraz słodycze dostępne 24 godziny na dobę. W pobliżu jest sklep Target, w którym można robić zaopatrzenie.
Tak więc jeśli szukasz czegoś taniego i jednocześnie dość dobrej jakości, to bardzo polecam to właśnie miejsce. Dla osób z samochodem dojazd nie powinien być problemem. 

Ulica w Pasadenie, niedaleko Titta Inn
Jak się poruszać? 

Samochodem lub autobusami. Jeśli samochodem, sprawdź przed wyjazdem, gdzie są bezpłatne lub tanie parkingi w pobliżu miejsc, które będziesz odwiedzać. Unikniesz tracenia czasu na jeżdżenie w kółko w poszukiwaniu miejsca dla swojego samochodu. 

Co dobrego można zjeść w LA?

Opinie o restauracjach i barach można sprawdzić na yelp.com. Nie utkwiło mi w pamięci żadne szczególne miejsce. W little Tokio nie trafiliśmy na sushi tak pyszne, jakie jadłam na przykład w Nowym Jorku.

Jedyną restauracją, którą mogę polecić jest Cafe 50's. To klasyczny diner, z milkshake’ami w szklankach, utrzymany w tradycyjnym klimacie lat 50. Na ścianach zdjęcia pin-up girls, wycinki z gazet z epoki, a pod oknem kolorowa szafa grająca. Jeśli ktoś nigdy nie był w tradycyjnym amerykańskim dinersie i chce się trochę przenieść w czasie, mogę polecić Cafe 50's. Uwaga! Płatność tylko gotówką J

W przypadkach kryzysowych zawsze możesz upiec ziemniak w mikrofalówce ;)
A to coś, co miało przypominać jajecznicę - nie polecam (Venice Beach)
I jeszcze jedna sprawa - bezpieczeństwo. Być może powinna się znaleźć na początku posta, gdyż w Los Angeles jest to kwestia istotna. LA to w końcu miasto gangów. Przestępczość jest duża i nie należy zapuszczać się w nieznane okolice, zwłaszcza w nocy. Najlepiej trzymać się głównych dróg. Jeśli będziesz podróżować jedynie w miejsca tłumnie odwiedzane przez turystów, wystarczy, że zachowasz zwykłe środki ostrożności. :)