poniedziałek, 16 marca 2015

In the streets of San Francisco (czyli ciąg dalszy wycieczki po Mieście nad Zatoką)

Witam w drugiej części mojej relacji z cudownego San Francisco! Podzielę się z Tobą wrażeniami w pierwszego dnia naszej właściwej wycieczki po mieście. 

Jeśli chcesz znaleźć ogólne informacje dotyczące samego miasta, bazy noclegowej i transportu, zajrzyj do poprzedniego postu: City by the Bay

Drugi dzień zwiedzania opisałam w poście Cable Cary

Mapa północnej części San Francisco
Drugi dzień naszego pobytu w San Francisco przeznaczyliśmy na wycieczkę po mieście. 

Rano wybraliśmy się na Pier 40 do wypożyczalni rowerowej Bike Hut (więcej o rowerach w San Francisco w moim poprzednim poście City by The Bay). Dzień był przepiękny. Niebo było czyściutkie, a my szliśmy na wschód, prosto w stronę jaskrawego, ciepłego, wiosennego słońca. Dlatego nasz kilkudziesięciominutowy spacer do wypożyczalni był sam w sobie bardzo przyjemny. Po drodze minęliśmy Union Square, dzielnicę finansową i stadion Giantsów. 

W drodze na Pier 40
Zdecydowaliśmy się wypożyczyć dwa rowery szosowe, co okazało się bardzo dobrym wyborem i pozwoliło szybko przemieszczać się po asfaltowym podłożu (moja rada - warto zadbać, by rowery miały sprawne przerzutki, bo inaczej jazda po wzgórzach może być dość kłopotliwa). Zaopatrzeni przez panią z wypożyczalni w mapę miasta i tras rowerowych mogliśmy ruszać w drogę. 


Nasze rowery
San Francisco oferuje rowerzystom bardzo wiele. Dróg dla rowerów jest sporo i można poruszać się po mieście całkiem swobodnie. Jedna z oznaczonych na mapie tras biegła cały czas wzdłuż wybrzeża, aż do mostu Golden Gate. Dla nas była idealna, bo pozwalała dojechać do większości miejsc, które planowaliśmy zobaczyć (i do wielu, których nie planowaliśmy :) Bardzo polecam ją wszystkim, ale uwaga - w jedną stronę to ponad 20 kilometrów, więc warto zadbać o kondycję. Mniej wprawnym rowerzystom polecam rozłożenie wycieczki na dwa dni. 


Nie byliśmy pewni, czy zdążymy dojechać do końca trasy do wieczora (wyruszaliśmy około 11 przed południem), więc postanowiliśmy, że nasze plany będziemy dostosowywać na bieżąco. Ruszyliśmy więc na północ zielonym pasem rowerowym na ulicy. Na początku nie czuliśmy się tam zbyt pewnie. W Polsce jazda rowerem ruchliwą ulicą nie należy do najbezpieczniejszych zajęć, więc po pewnym czasie postanowiliśmy kontynuować jazdę po chodniku. Było to o tyle lepsze rozwiązanie, że oprócz poprawienia naszego poczucia bezpieczeństwa pozwalało nam zatrzymywać się co chwilę, żeby podziwiać piękno krajobrazu. 


Zielony pas dla rowerów na ulicy w San Francisco
Mandat nam nie groził - chodnik był oficjalnie współdzielony - dla pieszych i rowerzystów, co wyraźnie wskazywały ustawione przy nim znaki. Po co więc jeszcze pas rowerowy na ulicy? Otóż dla szybszego ruchu tych rowerzystów, których piękne widoki mniej interesują (o czym również informowały znaki). Tak więc rowerzysta mógł wybrać - rekreacyjną jazdę chodnikiem między przechodniami lub szybką jazdę ulicą. Na chodnikach nie było zatem rowerowych wariatów, a na pasie rowerowym nie zatrzymywali się turyści tacy jak my :)


Po chodniku spacerowało sporo ludzi, część z nich siedziała na ławkach ustawionych w stronę wody , wygrzewała się w słońcu i podziwiała Zatokę. Jadąc, minęliśmy kilkoro biegaczy i dwie nastolatki trenujące na świeżym powietrzu na trasie wzdłuż brzegu - podskok - przysiad - wykrok - trucht, podskok - przysiad - wykrok, itd. Rowerzystów też było sporo. Jechało się wspaniale. 

Niedługo po wyjechaniu z wypożyczalni dojechaliśmy do wspaniałego mostu Oakland Bay, który górował nad zatoką. 


Most Oakland Bay

Most można podziwiać po prostu z chodnika lub wybrać się na molo (pier), na przykład na Pier 14 lub Pier 7. 

Co to takiego ten tajemniczy wszechobecny pier? To pomost lub molo, drewniane lub betonowe, wybudowane sztucznie i wysunięte w morze. Znajdują się na nim często ławeczki dla turystów lub różnego rodzaju budynki. Przy pierach cumują też statki i łodzie. Uwaga! Piery w SF nie są ponumerowane po kolei, wiec proszę nie sugerować się liczbami przy określaniu ich położenia :)

Ponieważ polskie słowo "molo" kojarzy się raczej z drewnianym pomostem dla turystów, co nie zawsze przystaje do rzeczywistości SF, będę na potrzeby mojego bloga używać słowa "pier". 

Niedaleko za mostem zobaczyliśmy duży ładny budynek z wieżą zegarową oraz skupisko stoisk i straganów z owocami, warzywami i innymi towarami. Był to Ferry Building Marketplace, który mieścił się we wspomnianym budynku, jak i częściowo na zewnątrz. Między straganami kłębiło się sporo ludzi. Tłum zgęstniał wyraźnie również na chodniku, co zmusiło nas do przeniesienia się z powrotem na zielony pas rowerowy. 


Ferry Building Marketplace
rowery zaparkowane przy nabrzeżu
Na chodnikach robi się ciasno
A na pasie rowerowym o wiele luźniej, choć zaczęli pojawiać się riksiarze

Nasze początkowe obawy szybko zniknęły i na ulicy poczuliśmy się jak ryby w wodzie. Nikt na rowerzystów nie trąbił, nikt nie próbował nas przejechać. Wszyscy starali się ułatwiać sobie nawzajem jazdę. Ruch samochodowy był poza tym bardzo mały. Gęsto zaczęło się natomiast robić na pasie rowerowym, na którym co jakiś czas wyprzedzaliśmy riksze z turystami :)


Po drodze mijaliśmy pier za pierem, nie zatrzymując się już przy każdym z kolei, aby nie spędzić na zwiedzaniu miasta całego tygodnia. :)


Kolejny przystanek zrobiliśmy dopiero przy Pier 33, skąd odpływają promy wycieczkowe do Alcatraz - słynnego więzienia na wyspie, które obecnie pełni funkcję muzeum. Za około 30 dolarów można tam wykupić wycieczkę z przewodnikiem obejmującą dopłynięcie do wyspy, zwiedzanie i oczywiście powrót. Dla amatorów mocnych wrażeń dostępna jest opcja wyprawy nocnej. Zainteresowanych odsyłam do strony http://www.alcatrazcruises.com/.


Rejsy do Alcatraz oferują również panowie stojący w okolicy z tabliczkami i wykrzykujący reklamowe hasła. "Alcatraz tanio! Najlepiej ze mną!". U nich ceny wycieczek zaczynały się już od 5$, ale woleliśmy nie sprawdzać, co te wycieczki obejmują i jak oraz gdzie się kończą :) 


Ogólnie niezbyt zależało nam na Alcatraz, więc po zrobieniu kilku zdjęć przy makiecie wyspy postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Wycieczkę postanowiliśmy wykupić ewentualnie kolejnego dnia, gdyby zostało nam jeszcze wystarczająco dużo czasu.



Pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Słońce przyjemnie grzało, a zatoka mieniła się w jego promieniach. Minęliśmy marinę, przy której zobaczyliśmy pierwszego leniwego morskiego lwa rozpłaszczonego na molo i wygrzewającego się w ciepełku. 


Marina w okolicy Pier 39
Rozleniwiony lew morski, stroniący jak widać od reszty towarzystwa

Była to oznaka, że zbliżaliśmy się do Pier 39 - jednego z najbardziej znanych miejsc w San Francisco. To właśnie tam można podziwiać lwy morskie - urocze morskie zwierzęta, które wygrzewają się leniwie na słońcu i robią przy tym dużo hałasu. Jest ich mnóstwo. Nie wiem dlaczego upodobały sobie akurat to miejsce - być może po prostu pływające drewniane platformy wydają im się wygodne i bezpieczne, a zwierzaki mogą się na nich wylegiwać przez nikogo nie niepokojone. Nie przeszkadzają im nawet przepływające obok statki i motorówki.

Zainteresowani oceaniczną fauną mogą ponadto odwiedzić akwarium, które znajduje się również przy Pier 39.
Lwy morskie rozłożone na drewnianej platformie
Zbliżenie na radosne towarzystwo :)
A tu prośba do uczynnych turystów, żeby nie karmić i nie niepokoić słoników
Trochę informacji o tych sympatycznych zwierzakach.
Z Pier 39 jest również znakomity widok na Alcatraz - dla tych, którzy nie skusili się na rejs :)

Widok na Alcatraz z Pier 39
Za Pier 39 zaczyna się nabrzeże Fisherman's Wharf czyli Przystań Rybacka. To bardzo popularne miejsce, pełne turystów. Znajduje się tam park-muzeum o nazwie San Francisco Maritime National Historical Park, w którym przy Hyde Street Pier można podziwiać i zwiedzać zabytkowe statki (cena to kilka $). Przy Pier 45 natomiast jest przycumowana łódź podwodna z II wojny światowej USS Pampanito, którą również można zobaczyć od środka. 

Przy Fisherman's Wharf jest ponadto m.in. muzeum Madame Tussauds i nowa atrakcja dla turystów, której odpowiednik można spotkać w niektórych europejskich miastach - The San Francisco Dungeon. Aktorzy przebrani w stroje z epoki odtwarzają tam na żywo przedstawienia nawiązujące do historii miejsca i angażujące również oglądających je turystów. To chyba coś w rodzaju połączenia domu strachu z teatrem i muzeum.  

Trasa rowerowa przy Fisherman's Wharf
Fisherman's Wharf

Przy Hyde Street Pier można oglądać zabytkowe statki
Zabytkowy statek w muzeum
A to okazały żaglowiec

Nas przy Fisherman's Wharf najbardziej zainteresowały stragany z jedzeniem. Można tam kupić naprawdę pyszne rzeczy, szczególnie obfita jest oferta owoców morza. Byliśmy tak głodni, że nie mogliśmy się zdecydować, co kupić. Skończyło się na mieszance owoców morza w tempurze i kanapkach z krabami, które smakowały naprawdę znakomicie, choć nie wiem jak duży w tym udział samych dań, a jaki naszych mocno już wygłodzonych kubków smakowych :)

Taki oto pyszny obiad zjedliśmy sobie siedząc na plaży za Hyde Street Pier i podziwiając Zatokę oraz muzeum. 


Jeść obiad w takim miejscu - bezcenne :)
Z nowymi siłami mogliśmy ruszać dalej ścieżką rowerową w kierunku mostu Golden Gate.


Jadąc dalej wzdłuż linii brzegowej, przejechaliśmy przez park przy Fort Mason, gdzie na wielkim trawniku (Fort Mason Great Meadow), niczym na Great Lawn na Manhattanie, siedziało mnóstwo ludzi, wypoczywając i organizując pikniki. Wiosna i wspaniała pogoda przyciągnęła prawdziwe tłumy wielbicieli zieleni i pięknych widoków na Zatokę. Gdybyśmy spędzali w San Francisco więcej czasu, na pewno nie odmówilibyśmy sobie przyjemności posiedzenia tam i cieszenia się fantastycznym krajobrazem. 

Piknik na Great Meadow
A to zielona droga dla rowerów
Na tym odcinku trasy rowerowej zaliczyliśmy pierwszy poważny podjazd pod górkę. Na szczycie górki znajdował się punkt widokowy na oddalony jeszcze most Golden Gate, położony w dole Fort Mason i pobliską przystań. Przez specjalne urządzenie można bylo "zmierzyć" temperaturę mostu. Pomiar odbywał się na podstawie wysokości mostu, który rozszerza się i opada przy cieplejszej pogodzie, a kurczy i unosi, gdy jest zimno. 


Fort Mason i most Golden Gate
Most wskazuje temperaturę
Zjechaliśmy z górki z powrotem do na poziom morza i pojechaliśmy dalej, ścieżką wzdłuż zatoki. Minęliśmy marinę i bardzo długi zielony trawnik oddzielający drogę rowerową od brzegu. Na trawniku znajdowało się mnóstwo małych boisk i mini-bramek do piłki nożnej, gdzie dzieci szalały razem z rodzicami korzystając z uroków wiosennego słońca. 


Droga rowerowa wzdłuż linii brzegowej
Małe boiska dla dzieci

Naszym kolejnym celem był park Presidio. Tuż przed wjazdem do parku zobaczyliśmy budowlę przypominającą antyczne ruiny. Spontanicznie podjechaliśmy bliżej. Okazało się, że był to Palace of Fine Arts - popularne miejsce, w którym znajdują się galerie sztuki, ale nie tylko. Odbywają się tam również koncerty, przedstawienia teatralne i ... śluby. Częścią pałacu jest Theatre of Fine Arts, położony nad malowniczym małym stawem. 


Budowla mimo swojego wyglądu nie jest ani trochę antyczna - powstała na okoliczność Wystawy Panamsko-Pacyficznej w 1915 roku i jest chyba jedynym eksponatem, który pozostał do dziś w pierwotnym kształcie i oryginalnej lokalizacji. Amerykanie są naprawdę znakomici w kopiowaniu antycznej (i nie tylko) architektury - ta fascynacja i pochodzące z niej inspiracje biorą się chyba stąd, że w tym młodym kraju oryginalnych zabytków po prostu nie ma. 


"Starożytne" kolumny Palace of Fine Arts

Ciekawa architektura Palace of Fine Arts
Theatre of Fine Arts
Plenerowa sesja ślubna 
Sam Park Presidio okazał się bardziej zabudowanym terenem o zwiększonej ilości zieleni niż parkiem w europejskim rozumieniu. W jego północnej części znajdują się normalne drogi i budynki, wyglądające na "lepszą dzielnicę", otoczone dziko wyglądającą roślinnością oraz wypielęgnowanymi trawnikami i urządzonymi ze smakiem ogrodami. Jest tam również muzeum Walta Disneya. 


Dzielnica w Presidio

Presidio
Lokalni mieszkańcy wspierają dziką przyrodę
W centralnej i południowej części parku przyroda jest bardziej "dzika". Jadąc jedną z dróg prowadzących na południe, trafiliśmy na dość wysokie wzgórze, na które zziajani i ledwo żywi wjechaliśmy rowerami, ogrzewani przy tym nie tylko przez wysiłek, ale i gorące kwietniowe słoneczko. Na samym szczycie znajdował się punkt widokowy z ładną panoramą na park, Zatokę i miasto. Mapa Google podpowiada mi, że jego nazwa to Inspiration Point. 


Widok z Inspiration Point


Mapa Google podpowiada mi również, że w jego pobliżu znajdują się piesze szlaki, czy raczej ścieżki biegnące przez niezabudowane tereny porośnięte przez las i łąki. Podczas naszej wycieczki nie udało nam się tam dotrzeć, bo nie wiedzieliśmy o ich istnieniu :) Wygląda na to, że trzeba zjechać z głównej drogi i przedostać się do nieutwardzonych ścieżek. To na pewno ciekawe miejsce na wypoczynek, jeśli jest się w SF na dłużej. Przy krótszym pobycie można sobie darować, ponieważ mimo niewątpliwej zalety, jaką jest kontakt z przyrodą, miejsce to wygląda jak każdy polski las czy łąka :)

Mamy z ukochanym własną teorią na temat parków w San Francisco. Jeśli w mieście otoczonym z trzech stron wodą, w którym jest ciasno i miejsca na budynki oraz parkingi ciągle brakuje, znajdują się większe tereny zielone, to musi to być podejrzane ;) Czyli należy spodziewać się wysokich nierównych wzgórz, które trudno byłoby zabudować.


Nie wiem ile w naszej teorii jest prawdy, faktem pozostaje jednak, że jeśli mamy park, to i stromy podjazd :) 


Mieliśmy w planach zwiedzenie jeszcze jednego parku - Golden Gate. Postanowiliśmy zjechać do niego od razu (mniej więcej na wysokości Arguello Blvd), a na most wrócić wieczorem - na zachód słońca. Zjeżdżało się wspaniale - cały czas z górki:) 

Do parku wjechaliśmy przy Conservatory of Flowers - ogromnej szklarni z wystawą kwiatów. (Informacje o biletach i dniach otwartych znajdziecie na stronie http://www.conservatoryofflowers.org/visit/hours). Nie udało nam się go zwiedzić, ponieważ był już zamknięty, pojechaliśmy więc dalej na zachód, kierując się w stronę ogrodu botanicznego i ogrodu japońskiego (tych szukamy wszędzie, gdziekolwiek pojedziemy). 

Okolice Conservatory of Flowers
Sam park nas rozczarował. Niby wszystko piękne i zielone, ale przez środek biegną autostrady i parkingi. Hałas i widok samochodów skutecznie niszczą radość z obcowania z naturą. No ale to tak po amerykańsku - nikt nie będzie chodził spacerem, więc trzeba do każdego trawniczka zbudować asfaltową drogę. 

Park po amerykańsku
Ogród botaniczny i japoński postanowiliśmy sobie ostatecznie darować i odwiedzić je przy kolejnej okazji. Do wieczora zostało mało czasu i uznaliśmy, że most jest bardziej wart zobaczenia. W końcu ogrodów botanicznych widzieliśmy już wiele, a mostu Golden Gate ani jednego ;) Poza tym szkoda było płacić za wstęp, jeśli mogliśmy przeznaczyć maksymalnie po 10 minut na każdy ogród :) 

Brama ogrodu japońskiego
Wejście do ogrodu japońskiego
Bilety do obu ogrodów kosztują 7$, ale są dni, kiedy wstęp jest darmowy. Warto to sprawdzić na stronie przy planowaniu wyjazdu, podobnie jak informację o godzinach otwarcia w danym miesiącu: http://www.conservatoryofflowers.org/visit/hours, http://japaneseteagardensf.com/visit.php

Ponieważ za ogrodami natrafiliśmy jedynie na więcej autostrad, postanowiliśmy nie jechać do końca parku i ruszyć od razu w kierunku mostu. Zrezygnowaliśmy zatem z przejechania przez plażę i park Sutro Heights, w którym znajduje się m.in. USS San  Francisco Memorial - część Museum of Fine Arts. Wjechaliśmy w 23rd Ave, po drodze mijając grupkę piknikowiczów, która mimo wszystko próbowała wypoczywać pod samotnym kwitnącym drzewkiem przy drodze. 

Park Golden Gate
Przejeżdżaliśmy przez osiedle pięknych kolorowych domków, malowniczo wyglądających w popołudniowym słońcu.

23rd Street
Wkrótce znaleźliśmy się ponownie w parku Presidio i tradycyjnie musieliśmy wspinać się rowerami pod górę. Gdy zmęczenie zmusiło nas do przystanku, natrafiliśmy na kolejne ciekawe miejsce - Battery Crosby. Są to betonowe umocnienia na wzgórzu, na których kiedyś stały działa broniące miasta od strony Oceanu. Takich miejsc jest w San Francisco kilka. 

Mieliśmy stamtąd przepiękny widok na Ocean i most Golden Gate. Słońce było już niżej, więc wspaniale oświetlało cały krajobraz ostrymi wiosennymi promieniami. Spędziliśmy na Battery trochę czasu, napawając się widokami, ciszą, szumem wody, i wcinając batony energetyczne na podwieczorek. Turystów praktycznie tam nie było, pojawiło się jedynie kilku, z których jeden podejrzewał Ukochanego o pochodzenie z Pensylwanii, sądząc po akcencie - oczywiście :)

Battery Crosby
Battery Crosby
Trochę historii dla zainteresowanych
To ja - zdjęcie z mostem musi być
Wspaniały widok z Battery
Przy Battery zaczynał się pieszy szlak schodzący łagodnie w dół do plaży, a następnie prowadzący w górę do samego mostu. Wpadliśmy na szalony pomysł, żeby zamiast dalszej jazdy między samochodami zdecydować się na spacer. No dobrze, ale co z rowerami? No rowery wzięliśmy po prostu na plecy. Nie było lekko, ale za to wrażenia i widoki były niezapomniane. Wyszliśmy na górę przy kolejnych bateriach. Widok stamtąd był już mniej imponujący, bo pod innym kątem, postanowiliśmy zatem szybko wjechać na most, bo złota godzina zaczynała powoli wybijać. 

To może jednak pieszo?
Zapierające dech w piersi widoki ze szlaku
Już niedaleko
Znalezienie wjazdu okazało się niełatwym zadaniem. Przy moście jest mnóstwo przestrzeni i budynków, widać gdzie są bramki dla samochodów, ale rowerem nijak nie mogliśmy dojechać we właściwe miejsce. Po kilkunastu minutach w końcu udało nam się odnaleźć podziemny przejazd na drugą stronę drogi. Wjazd dla rowerów znajduje się po prawej stronie mostu (patrząc od strony SF), ale droga rowerowa na moście jest już po jego lewej stronie - od strony Oceanu. Jeśli chcemy mieć lepszy widok na San Francisco, możemy wybrać się na pieszą wycieczkę chodnikiem ulokowanym po przeciwnej stronie mostu. 

Droga rowerowa na moście Golden Gate
Golden Gate jest przepiękny, nie tylko o zachodzie słońca. Nie bez przyczyny jest chyba najbardziej znanym mostem na świecie, a przy tym jeszcze cudem techniki - potrafi wytrzymać naprawdę silne trzęsienia ziemi. Charakterystyczna czerwona barwa wieczorem nabiera jeszcze soczystości. Most jest długi, ma kilometr długości, więc przejechanie go rowerem zajmuje trochę czasu. Łukowaty kształt drogi sprawia, że do połowy mostu jedziemy pod górę, a od połowy cały czas w dół. Dlatego właśnie nie powinny nikogo dziwić prędkościomierze dla rowerów ustawione przy drodze rowerowej :) Przy jeździe z górki bardzo łatwo rozpędzić się do dużych prędkości, ale prędkościomierz ma za zadanie nakłonić nas do przestrzegania przepisowego ograniczenia 15 mph :)

Widoki z mostu - po lewej widoczne urządzenie do pomiaru prędkości rowerów
Potężny filar mostu
Na środku mostu zrobiliśmy sobie przystanek na podziwianie i robienie zdjęć. Golden hour robiła swoje. Zachodzące słońce chowało się już powoli za wzgórza po drugiej stronie mostu, ale wciąż pięknie oświetlało most i San Francisco. To właśnie o tej porze i na tych wzgórzach powstają najsłynniejsze zdjęcia pokazujące czerwony most i ozłocone zachodzącym słońcem miasto. 

Nie mieliśmy już szansy, żeby dojechać na drugą stronę i wjechać na wzgórze przed zmrokiem - zabrakło nam co najmniej pół godziny. Nie przejęliśmy się tym jednak specjalnie, bo widoki z mostu były naprawdę wspaniałe. Spojrzeliśmy w dół. Otchłań wody była przerażająca. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy bardzo wysoko nad powierzchnią wzburzonej ciemnej wody. Wiatr huczał i zagłuszał nasze rozmowy. Patrzyliśmy na ostatnie promienie odbijające się w wodzie i czerwonej farbie. Zmierzyłam dłonią linę mostu. Nie byłam w stanie jej objąć, choć z daleka wyglądała na cieniutką. Liny podtrzymujące podwieszane mosty zawsze robią na mnie wrażenie. :) 

Wzburzona otchłań pod nami
Golden hour - złota godzina
Słońce chowa się za wzgórzami - pora wracać
Dojechaliśmy do drugiego filaru i postanowiliśmy wracać, aby choć część drogi przejechać przed całkowitym zmrokiem. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy zjeździe z mostu, żeby zrobić kilka zdjęć i pooglądać model Golden Gate, symulujący zachowanie mostu przy podmuchach wiatru i trzęsieniach ziemi.To naprawdę ciekawa zabawka :)

Instrukcja obsługi modelu mostu
Zachód słońca nad mostem Golden Gate - w dole widoczna droga dla rowerów prowadząca na most
Robiło się już chłodno, więc przebraliśmy się w coś cieplejszego i ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy wyludnioną ścieżką rowerową, tą samą droga, którą tam przyjechaliśmy. O tej porze wyglądała jednak o wiele mniej przyjaźnie - po jednej stronie pustka, ciemność i szum wody, po drugiej ciemność i gęste drzewa. Nasze słabe lampki rowerowe ledwo oświetlały drogę przed nami, na szczęście byliśmy choć trochę widoczni dla innych. Od czasu do czasu mijaliśmy rowerzystów lub pieszych, którzy sprawiali, że czuliśmy się trochę lepiej na wyludnionej o tej porze drodze :) 

Ostatni rzut oka na most Golden Gate
Na chwilę zgubiliśmy właściwą drogę, ale Ukochany uratował nas przed nocnym błądzeniem przy pomocy swojej nawigacji. Wróciliśmy na rowerową ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu. Tym razem jednak postanowiliśmy nie nadrabiać drogi i nie jechać nią do końca. W okolicy Russian Hill (tak żeby nie wjeżdżać na górkę przy Fort Mason) skręciliśmy w prawo, zjeżdżając prosto na południe. Ku naszemu zdziwieniu jadąc nocą po ulicach San Francisco czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Znowu mieliśmy okazję podziwiać ładne osiedla kolorowych domków i wspaniałe współistnienie ruchu rowerowego i samochodowego. Ruch na ulicach był mały, a kierowcy samochodów traktowali nas bardzo uprzejmie. Jako rowerowi uczestnicy ruchu nie byliśmy dla nich najwyraźniej niczym nadzwyczajnym, a już na pewno nie drogowym wrogiem. (Ach, jak chciałabym móc tak jeździć po Polsce!). Tradycyjnie wybraliśmy trasę oznaczoną na mapie jako przystosowana dla rowerów (w tym przypadku współdzielona z samochodami i częściowo pas rowerowy), żeby przejechać między wzgórzami. 

Na chodnikach mijaliśmy sporo wystrojonych młodych ludzi, idących najwyraźniej na imprezy. Z barów i restauracji po obu stronach dochodziła muzyka. Jednym słowem - nocne życie kwitło. 

W końcu dotarliśmy do hotelu, niezaczepiani wbrew naszym obawom przez żadnych bezdomnych, tłumnie okupujących chodniki w okolicy. Zmęczeni po wycieczce stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z rowerami. Uroczy pan z recepcji hotelu oczywiście nie zgodził się na przechowanie ich na noc w lobby pod ścianą (nie, bo nie). Na ulicy zostawić trochę strach. Panowie z parkingu też nie patrzyli zbyt przychylnie na pomysł postawienia im rowerów w kącie, nawet za dopłatą. Na szczęście mieliśmy plan B. Po prostu wsadziliśmy oba rowery do samochodu i zamknęliśmy tam na noc. 

Tak zakończyliśmy wspaniały dzień spędzony na drogach San Francisco. Spojrzeliśmy na wskazania trackera z telefonu. Pokazywał 55 przejechanych kilometrów i to nie po najłatwiejszym terenie. Całkiem niezła wycieczka :) Następnego dnia mieliśmy odczuć to w nogach (i w barkach - to od noszenia roweru na plecach), ale o tym w kolejnym odcinku. :)

piątek, 16 stycznia 2015

City by the Bay (i kilka porad praktycznych)

W tym poście znajdziesz pomocna informacje o samym San Francisco, naszych pierwszych wrażeniach, bazie hotelowej oraz transporcie.

Jeśli interesują Cię informacje dotyczące zwiedzania i ciekawych miejsc w tym fascynującym mieście, zapraszam Cię do przczytania dwóch kolejnych postów:

In the streets of San Francisco
oraz
Cable Cary

*************************************************************

Most Golden Gate w San Francisco
Z Yosemite wyruszyliśmy do San Francisco***.  Mieliśmy w planach zatrzymać się gdzieś po drodze i pozwiedzać np. San Jose czy Palo Alto. Trwająca od rana ulewa przekonała nas jednak, że miejsca te nie są aż tak interesujące, by wychodzić z suchego wygodnego samochodu :)

San Francisco również przyjęło nas chmurami i deszczem, choć widok na Downtown z wysokiego wiaduktu robił wrażenie. Pojechaliśmy więc prosto do hotelu, licząc na późniejszą poprawę pogody.

Ciemne chmury nad San Francisco
Pogoda wyglądała mało obiecująco
Hotel był trochę przypadkowy, bo zarezerwowany w wyniku mojego błędu. Przed wyjazdem zamawiałam noclegi booking.com "na wszelki wypadek" i byłam wtedy przekonana, że robię rezerwację z możliwością bezpłatnego odwołania. Niestety przekonanie było błędne, a klikniętego z rozpędu "Potwierdzam" nie dało się już cofnąć. Opinie o hotelu trochę przerażały, więc mieliśmy początkowo zamiar zmienić go na inny i poświęcić te kilkaset dolarów. Noclegi w San Francisco są jednak tak drogie (a tańsze trzeba rezerwować z wyprzedzeniem), że postanowiliśmy dać hotelowi szansę i spędzić w nim jedną noc. Ostatecznie okazało się, że nie było tak źle i zostaliśmy na całe trzy. 

Hotel nazywał się Layne i miał najgorszą i najbardziej nieuprzejmą obsługę, jaką spotkałam w życiu. Jego zaletą była natomiast lokalizacja. Mieścił się na granicy Downtown, w pobliżu Union Square, więc do wielu ciekawych miejsc można było dojść pieszo. Zaznaczam tutaj, że dla niektórych ta lokalizacja to wada. Downtown uważane jest za bardzo nieprzyjemne i niebezpieczne miejsce, ponieważ na każdym rogu, w każdym zakamarku i na każdym chodniku pełno jest bezdomnych (czytaj: niebezpieczeństw). W SF mieszka największy odsetek osób bezdomnych w całych Stanach! Faktycznie, dla Europejczyka to dość szokujący widok, który budzi niepokój i powoduje automatyczne przyspieszenie marszu. Nas jednak nigdy nikt nie zaczepił. Nie czuliśmy się też specjalnie zagrożeni, nawet wracając do hotelu wieczorem. Dookoła spacerowało jeszcze sporo turystów i atmosfera była całkiem spokojna. Trzeba tylko zachować podstawowe zasady bezpieczeństwa, czyli: nie nosić zbyt wielu wartościowych rzeczy i nie machać nimi na ulicy, nie gapić się na bezdomnych i nie utrzymywać z nimi kontaktu wzrokowego, a na ewentualne pytania odpowiadać "I'm sorry, I can't help you". No i oczywiście nie wolno włóczyć się po okolicy do późnej nocy.

Przecznicę dalej od hotelu Layne są drogie hotele, jak np. Hilton Union Square, gdzie samochody i autokary przywożą panie w garsonkach i panów w garniturach. Nie jest zatem chyba tak źle, jak internauci to malują. Ale decyzję pozostawiam Wam :)

Ogólnie jeśli szukacie noclegu, to polecam mieszkanie w pobliżu Downtown (jest tam kilka nie najgorszych hosteli i hoteli). Sporo ciekawych hoteli z parkingami jest też w okolicach Fisherman's Wharf, ale tam tańsze miejsca najlepiej rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Bardzo ważną sprawą przy szukaniu hotelu jest parking, gdzie samochód warto zostawić na kilka dni i poruszać się w inny sposób. San Francisco, w przeciwieństwie do LA, to miasto bardzo przyjazne pieszym i rowerzystom, a jazda i parkowanie samochodu w kolejnych miejscach to niepotrzebny koszt i uciążliwość, szczególnie, że większość dróg jest jednokierunkowa, a miejsca parkingowe są bardzo drogie.

Hotel Layne nie ma parkingu, pozwala jedynie postawić samochód przed wejściem na czas wypakowywania bagaży, więc przynajmniej nie trzeba ich taszczyć. Na ulicy parkować nie radzę, głównie ze względu na koszty (w SF parkowanie wszędzie jest naprawdę bardzo drogie). Na szczęście w budynku obok znajduje się wygodny parking za jedyne 30$ za dobę (trzeba ten koszt doliczyć, jeśli ma się hotel bez własnego parkingu). Parking bardzo polecam, jest jednym z najtańszych w okolicy, ma miłą i pomocną obsługę, złożoną z bardzo sympatycznych panów mówiących w niezidentyfikowanym przez nas języku, z którymi łatwo się dogadać, jeśli chcemy zrobić coś niestandardowego, np. schować do samochodu rowery. Samochody parkują tam jedynie pracownicy, którzy upychają je na dwóch piętrach w niewiarygodny dla mnie sposób. Nie udało mi się zrozumieć ich systemu, ale wyjeżdżanie autami przypominało mi grę z dzieciństwa z przesuwaniem drewnianych kwadracików po planszy, na której tylko jedno pole było wolne. Przyznam, że dziwnie się czuliśmy oddając kluczyki do auta obcej osobie na kilka dni. Jako Polacy nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, ale panowie nie zawiedli naszego zaufania i dostaliśmy samochód z powrotem przy wyjeździe w stanie nienaruszonym.

Po zaparkowaniu udaliśmy się do recepcji w celu zameldowania naszego przyjazdu. Musieliśmy tam odczekać godzinę, którą pan w recepcji przeznaczył na obsługę jednego (!) klienta, nie mogąc zrozumieć jego prostych pytań z powodu bariery językowej bądź umysłowej i mentalnej, oraz doprowadzając wszystkich innych do furii. Potem w końcu dostaliśmy pokój. Zapłaciliśmy przy tym 250$ kaucji, którą hotel pobiera i nie zawsze oddaje, więc trzeba na to uważać. Ważny jest również środek płatniczy. Lepiej nigdy nie płacić żadnych kaucji polską kartą kredytową, ponieważ dwa razy stracimy na kursie i prowizji.

W oczekiwaniu na zameldowanie w hotelu Layne
Ogólnie hotel Layne odradzam. Jego podstawowym minusem, oprócz wysokiej kaucji i problemów ze zwrotem pieniędzy, jest również nadzwyczajna niechęć do odwołania lub zmiany rezerwacji. Naszej nie chcieli anulować nawet trzy miesiące przed przyjazdem. Nie pozwalali również na zamianę nazwisk gości, tak by można było rezerwację zwyczajnie komuś odsprzedać. Dlatego polecam raczej poszukać sobie innego miejsca na nocleg, chyba że jesteście pewni planu podróży i szukacie czegoś względnie taniego.

Mimo wszelkich niedogodności hotel ma również zalety. Na przykład taką, że w środku jest czysty i dość ładny. Mieści się w starej kamienicy, która niejedno już pewnie widziała. Oferuje również śniadania, ale nigdy na nie nie zeszliśmy, więc na ten temat się nie wypowiem. Nasz pokój był na ostatnim, piątym piętrze, więc z bagażami musieliśmy wjechać tam windą. Winda jest bardzo stara i zabytkowa, z ręcznie zasuwaną kratką, jak na Titanicu ;) Jeśli jeden z gości zapomni zamknąć kratkę po wyjściu z windy, nikt inny nie może tej windy wezwać, ponieważ ta zwyczajnie nie działa. Na szczęście pan w recepcji jest czujny i cały dzień zajmuje się głównie łypaniem okiem na to, kto wchodzi do windy, pamiętając jednocześnie dokładnie personalia jegomościa. Dlatego gdy winda nie zjeżdża na dół, pamięta, kto ostatni nią podróżował i niezwłocznie dzwoni do "winowajcy" ;)

Winda w Layne
Nasz pokój z łazienką był całkiem niezły.  Miał mikrofalówkę, telewizor (choć telewizorów i tak zazwyczaj nie używamy) i codziennie wymieniane ręczniki oraz kosmetyki w łazience. Żeby nie było tak różowo, później okazało się, że nie działa w nim kaloryfer i marzniemy w nocy. Pan w recepcji na zwróconą uwagę odpowiedział z właściwym sobie anty-wdziękiem, że kaloryfery włącza o północy i na pewno tego nie zauważamy, bo już śpimy. Oczywiście nie było to prawdą i musieliśmy jakoś przecierpieć ten chłód. Nie mieliśmy czasu ani chęci toczyć batalii o dwie pozostałe noce.

Przyjechaliśmy po południu, więc po odpoczynku i rozpakowaniu postanowiliśmy przejść się po okolicy. Wyjść z hotelu było łatwo, wejść nieco trudniej, bo obowiązywał dzwonek i wiecznie zamknięte drzwi (ze względów bezpieczeństwa, oczywiście). Na szczęście w recepcji zazwyczaj ktoś był i nie odczuliśmy specjalnie związanych z tym niedogodności.

Wieczorny spacer był cudowny. Po porannych chmurach nie było śladu i świeciło piękne słońce. Najbardziej ucieszyło nas to, że zgodnie z naszymi przewidywaniami San Francisco okazało się miastem bardzo przyjaznym pieszym i wspaniałym do spacerów.  W porównaniu do molocha Los Angeles, gdzie wszędzie trzeba jechać samochodem, a spacerować można głównie w parkach, urokliwe uliczki i stare budynki San San Francisco wydały nam się niezwykle piękne, ciepłe i przyjazne. (Ostrzegam jednak, że spaceruje się po ulicach-sinusoidach (góra-dół), więc warto zadbać o kondycję :)

Na początek postanowiliśmy ruszyć w kierunku Chinatown, ponieważ znajdowało się bardzo blisko hotelu. Po drodze chłonęliśmy niesamowity klimat miasta i podziwialiśmy piękno ulic i zabudowy. Architektura kamienic, z charakterystycznymi schodami przeciwpożarowymi, przypominała mojej sentymentalnej duszy niektóre dzielnice Nowego Jorku i bardzo przypadła mi do gustu.

Ulica w San Francisco
Po przejściu kilku przecznic i wdrapaniu się na parę wzgórz dotarliśmy do chińskiej dzielnicy. Było późne popołudnie, więc niemal wszyscy Chińczycy zamykali już swoje sklepy, ale i tak było bardzo przyjemnie i kolorowo. Uwielbiamy chińskie dzielnice i odwiedzamy je w każdym mieście, do którego jedziemy. Na razie żadne swoim urokiem nie przebiło w naszych oczach tego nowojorskiego, ale każdemu dajemy szansę. Chinatown w San Francisco uplasowało się całkiem wysoko w rankingu.

Brama Chinatown
Kolorowe Chinatown w San Francisco
Podczas przechadzki zachwycił nas również pierwszy widok Cable Carów*, w których zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia ;)

*Cable Car to staroświecki tramwaj działający jak kolejka linowa. Pojazd jest ciągnięty przez kabel ukryty w ulicy, napędzany na wielkich kołach w maszynowni, który porusza się ze stałą prędkością. Maszynista "łapie" kabel, aby jechać przed siebie i puszcza go, kiedy zachodzi taka potrzeba, np. na skrzyżowaniach dwóch linii cable carów. Kiedyś cable cary były podstawowym środkiem transportu w mieście, gdzie konie nie byłyby w stanie spinać się pod górę. Po mieście jeździły ich setki. Wielkie trzęsienie ziemi w 1906 roku zniszczyło niestety całą kablową infrastrukturę i obecnie w użytku są zaledwie 3 linie, oblegane przez turystów. 


Jedzie Cable Car!
Ze spaceru pamiętam jednak przede wszystkim niesamowite drogi na wzgórzach i samochody parkujące na nich pod niewiarygodnym kątem. Naprawdę robią wrażenie na nowym przybyszu, szczególnie poruszającym się pieszo. Odbijające się w szybach zachodzące słońce  dodawało temu widokowi jeszcze więcej czaru.

Wspaniały wieczorny widok na drogę prowadzącą do zatoki
Przechył robi duże wrażenie. Później się do tego trochę przyzwyczaja. Zwróćcie uwagę na samo skrzyżowanie - zawsze jest płaskie czyli na jednym poziomie.
Parkowanie jak widać nie jest problematyczne. Pieszy spacer przyspiesza nieco puls :)
Z powodu dużego nachylenia ulic i chodników nasz wieczorny spacer porządnie nas zmęczył. Ponieważ na dworze już się ściemniało postanowiliśmy wrócić do hotelu i kolejnego dnia ruszyć w dalszą drogę.

Nasz drugi dzień w San Francisco chcieliśmy przeznaczyć na prawdziwe zwiedzanie. Ale pojawił się dylemat: jak się poruszać? 

Rozważaliśmy każde z rozwiązań:
1. Samochód - raczej odpadał - po pierwsze mało z tego przyjemności podziwiania widoków dla kierowcy, po drugie, nie ma gdzie parkować lub parkingi są bardzo drogie, po trzecie - byłoby trochę zachodu z wyciąganiem auta z naszego "stałego" parkingu
2. Komunikacja miejska - wchodziła w grę jak najbardziej. Choć ponosilibyśmy dodatkowy koszt, był on mniejszy niż koszty parkowania
3. Pieszo - bardzo dobre rozwiązanie w San Francisco, pozwala poczuć atmosferę miasta i podziwiać jego piękno w całej krasie, ale sprawdza się jedynie na krótkich dystansach

Okazało się jednak, że najlepszym środkiem transportu w San Francisco jest ROWER. :) Przynajmniej naszym skromnym zdaniem.
Ruch rowerowy przy Fisherman's Wharf
Rower "zaparkowany" nad zatoką Golden Gate
Gdy już mieliśmy zdecydować się na połączenie przejazdów miejskim transportem z pieszymi wycieczkami,  nagle wpadły nam w oko reklamy z mapek i ulotek dostępnych w hotelu. Reklamowały się wypożyczalnie rowerów. Bingo! Wspaniały pomysł dla nas, zapalonych rowerzystów! Entuzjazm trochę nam opadł, gdy okazało się, że to dość droga rozrywka. Ale byliśmy w stanie zapłacić te kilkadziesiąt dolarów za tę przyjemność. Ostatecznie powstrzymały nas jednak obowiązkowe kaucje za każdy rower, które przeważnie wynosiły ok. 500$. To był dla nas zbyt duży wydatek, który zamroziłby nam resztę niezbędnych środków płatniczych na co najmniej kilka dni. Oczywiście mogliśmy zapłacić kartą kredytową, ale stracilibyśmy dwukrotnie na przewalutowaniu i prowizji banku (przy zapłacie i przy oddaniu kwoty przez wypożyczalnię).  

Byliśmy już bliscy rezygnacji z pomysłu, gdy Ukochany w internecie znalazł jeszcze jedną wypożyczalnię - Bike Hut. Tanią i bez kaucji. Zdecydowaliśmy się bez wahania. 

Bike Hut mieści się przy Pier 40, więc czekał nas zaledwie półgodzinny pieszy spacerek, który okazał się bardzo przyjemny. Trzeba było przejść przez Financial District i dojść do zatoki. Wypożyczalnia mieści się w małej budce. Rowery ma całkiem przyzwoite, choć bez różnych gadżetów, jak w drogich wypożyczalniach z kaucjami (np. koszyki i torby do rowerów na drobiazgi). Są tam rowery różnych rodzajów i rozmiarów: górskie, miejskie, treki, szosówki. Postanowiliśmy wypożyczyć rowery szosowe i był to bardzo dobry wybór. Kosztowało nas to  25$ za rower na całą dobę. Rowery nie miały wyposażenia, więc poprosiliśmy panią z budki o światła (na wypadek wieczornego powrotu) oraz klamry z zapięciem. Dostaliśmy je bez dodatkowych dopłat. Obecnie, według informacji na stronie, wypożyczalnia oferuje również kaski, które są wliczone w cenę ( http://thebikehut.org/). Dodatkowo, uprzejma pani zaopatrzyła nas w rewelacyjną mapę rowerową miasta która okazała się bezcenna. Przy wypożyczaniu roweru, zawsze zapytajcie o tę mapę. Ma oznaczenie wszystkich tras rowerowych w mieście oraz zabytków i miejsc wartych odwiedzenia. Za chwilę powiem, dlaczego to takie ważne. :)

San Francisco to miasto położone na wzgórzach. Wzgórz jest mnóstwo i często są strome oraz wysokie. Pdjechanie kilka razy pod górkę może bardzo przyspieszyć zakończenie rowerowej wycieczki, a tego przecież nie chcemy. Na szczęście władze San Francisco zadbały o rowerzystów i to w dodatku bardzo sprytnie. Wytyczyły drogi rowerowe pomiędzy wzgórzami, tak żeby trasa przebiegała przez jak najmniej wzniesień. Dlatego jeśli masz mapę, w miarę możliwości zawsze korzystaj z wyznaczonej trasy rowerowej! Dalej zajedziesz :)

W San Fransisco są 3 rodzaje tras rowerowych:

1. Ścieżki rowerowe - tak jak u nas wydzielone obok drogi, przy chodniku itp. - przeznaczone tylko dla rowerów lub czasem współdzielone z pieszymi.

Droga dla pieszych i rowerów
2. Pasy rowerowe wydzielone z jezdni - bardzo wygodne, oddzielone od jezdni ciągłą linią, często w zielonym kolorze.

Pas dla rowerów
3. Drogi samochodowo-rowerowe - twór u nas nieznany. Jest to zwykły pas dla samochodów z namalowanym co kilka metrów rowerkiem, co ostrzega kierowców, że po tym pasie jeżdżą rowery i że muszą na nie zwracać uwagę.

Droga współdzielona dla rowerów i samochodów
Każdy rodzaj trasy jest zaznaczony innym kolorem na mapie.

No dobrze, ale co z bezpieczeństwem?

Jako rowerzystka czułam się w SF bardzo bezpiecznie, również jadąc po zmroku. Rowerzystów jest mnóstwo, całe chmary, do tego riksze i inne wynalazki. Kierowcy są więc przyzwyczajeni i zwracają na rowery uwagę. Poza tym prawie na całym obszarze miasta (poza kilkoma głównymi, dojazdowymi arteriami) obowiązuje ograniczenie prędkości do 25 mph (40 km/h). Jest ono przestrzegane przez kierowców nie tylko dlatego, że Amerykanie generalnie tego pilnują. Nie ma się zwyczajnie gdzie rozpędzić, ponieważ co kilkaset metrów są światła (praktycznie na każdym skrzyżowaniu). O ile nie jedziemy rowerem pod górkę, a już na pewno gdy jedziemy z górki, osiągamy prędkość taką jak samochody (co jest dość dziwnym doświadczeniem :)

Należy oczywiście pamiętać o kilku zasadach bezpieczeństwa:

1. Trzeba uważać, żeby nie wjechać kołem w szynę tramwajową (zgadnijcie, komu się to zdarzyło)
2. Jadąc drogą samochodowo-rowerową należy zawsze jechać ŚRODKIEM PASA (nie z prawej strony, jak w Polsce). Prawa strona to parking, czyli strefa otwierania drzwi - bardzo niebezpieczna. Nie jesteśmy w Polsce, więc samochody jadące za nami nie będą trąbić i próbować nas przejechać, tylko grzecznie pojadą, ewentualnie nas wyprzedzą (można czasem odsunąć się na prawo w bezpiecznym miejscu).
3. Jak wszędzie należy kierować się zdrowym rozsądkiem :)

Wyposażeni w rower możemy ruszać w świat!

Nasza wyprawa rowerowa po San Fransico była tak niesamowita, że musiałam jej opis podzielić na dwa posty:

In the streets of San Francisco
oraz
Cable Cary


***
Kilka słów o San Francisco

San Francisco, zwane City by the Bay (Miasto nad Zatoką) leży na półwyspie otoczonym Oceanem Spokojnym, Cieśniną Golden Gate (czyli złotą bramą do miasta) i zatoką San Francisco. Leży również na uskoku San Andreas, który jest przyczyną licznych trzęsień ziemi w mieście. Całe miasto zbudowano na wzgórzach, więc panorama jest pofalowana, a ulice często bardzo strome.

Strome ulice San Francisco
Położenie miasta ogranicza ilość wolnego miejsca, gdzie można rozwijać budownictwo, stąd pewnie wysokie ceny domów, parkingów i hoteli. Na kawałkach lądu wyrwanych zatoce, na których zgromadził się osad, buduje się nowe osiedla na kilkudziesięciometrowych metalowych palach, sięgających aż do twardego gruntu pod rozmokłym terenem, który kiedyś był dnem zatoki. W przeciwnym razie budynki szybko by się zapadły. Polecam obejrzeć dokumenty o niesamowitych konstrukcjach budowlanych w San Francisco, które muszą być odporne na silne trzęsienia ziemi. Cuda techniki wbijają w fotel.

Ciekawa jest też struktura społeczna San Francisco. Prawdziwych Hippisów na ulicach trudno już dziś spotkać, ale w mieście wolności mieszka dziś podobno największy odsetek osób homoseksualnych w USA. I największy odsetek bezdomnych, co widać na każdym kroku w pobliżu Downtown.

Znaki rozpoznawcze SF to przede wszystkim most Golden Gate, więzienie Alcatraz oraz Cable Cary, czyli połączenie tramwaju z koleją linową. Oferta turystyczna jest jednak dużo bardziej bogata, więc polecam zarezerwować sobie na zwiedzanie minimum 2-3 dni. (O szczegółach opowiem w kolejnym poście).

Most Golden Gate
Więzienie-muzeum Alcatraz
Ogólnie miasto wspominam jako bardzo piękne, zielone, przyjazne turystom, rowerzystom i wielbicielom pieszych wycieczek. Zdecydowanie wygrało z LA i nieco mniej zdecydowanie z Las Vegas. Chętnie wróciłabym tam jeszcze raz i wszystkim bardzo polecam.

środa, 7 stycznia 2015

Wodospady Yosemite

Naszym kolejnym celem był park narodowy Yosemite. Jest to ogromny górzysty park, z charakterystycznymi i rozpoznawalnymi szczytami, piękną przyrodą oraz mnóstwem pieszych szlaków. Jest świetny zarówno do rodzinnego spędzania czasu, jak i trekkingu czy wspinaczki. 


Yosemite National Park
Po tym, jak nie zostaliśmy wpuszczeni do parku Sequoia, obawialiśmy się, że również Yosemite, ze względu na swoje górskie położenie (nieco na północ od Kings Canyon/Sequoia) będzie o tej porze roku niedostępne. Postanowiliśmy i tym razem wcześniej porządnie przeszukać internet (NPS) w poszukiwaniu informacji. Okazało się, że faktycznie większość dróg w Yosemite była zamknięta, jednak całkiem spokojnie można było wjechać do Yosemite Valley (Dolina Yosemite). Nam to wystarczyło. Mieliśmy na zwiedzanie zaledwie jeden dzień, a park jest tak rozległy, że można w nim zapewne spędzić całe tygodnie, i to nie raz. Dolina Yosemite była więc idealna na tę okazję. To popularne miejsce turystyczne, do którego można dojechać samochodem i z którego rozciąga się wspaniały widok na góry, w tym Half Dome (Dome = kopuła; half dome = pół kopuły;) - góra ma charakterystyczny kształt połowy półkuli, bo zapewne kiedyś druga połowa się odłamała) czy El Capitan. Z doliny odchodzi kilka ciekawych i niezbyt długich pieszych szlaków, które są idealne na jednodniowe wycieczki. Byliśmy zatem bardzo szczęśliwi, że wczesna wiosna zawitała już w góry.


Wodospad Yosemite. W oddali Half Dome
Już sama droga do doliny była przepiękna i malownicza, oznaczona jako scenic drive (droga widokowa). Jechaliśmy drogą wzdłuż rzeki - wąwozem między górami porośniętymi świeżą zieloną trawą i wielobarwnymi kwiatami. Okolica mieniła się wszystkimi kolorami wiosny – szczególnie pięknie wyglądały liczne po obu stronach drogi żółte i fioletowe krzewy. Zestawienie barw było tak zachwycające, że próbowaliśmy zrobić zdjęcie w trakcie jazdy, żadne jednak nie oddaje piękna tego krajobrazu. Jechaliśmy sobie niespiesznie, nawet nie próbując przekraczać dozwolonej prędkości, bo wolna jazda była przyjemnością. Po drugiej stronie rzeki widać było zarośnięte pozostałości równoległej drogi , która widocznie zaczęła się osuwać i została zamknięta. Obecnie tworzy ciekawe drogowe cmentarzysko – można tam zobaczyć wraki samochodów i ruiny opuszczonych hoteli czy pensjonatów. Dzika przyroda zaczyna powoli pochłaniać te pamiątki minionej świetności drugiej strony wąwozu. 

Scenic drive
Malownicza droga do Yosemite
Wiosna w Dolinie Yosemite
W dalszej części strumień robił się coraz bardziej interesujący, a zielone wzgórza zostały zastąpione przez ogromne wyrastające z ziemi skaliste góry (Góry w Yosemite są trochę podobne do Tatr wysokich, z tym że z poziomu doliny wyrastają prawie od razu gołe skały, nie ma tak wyraźnie zaznaczonych pięter lasów świerkowych, kosodrzewiny czy hal – raczej sam granit). Zatrzymywaliśmy się w zatoczkach przy drodze, żeby pooglądać strumień, który przedzierał się przez ogromne białe głazy. Nie kamyczki jak w polskich górach, ale wielkie skały, czasem o średnicy paru metrów. Widok był piękny. 

Strumień w Dolinie Yosemite
Niedługo później po lewej stronie naszym oczom ukazał się dostojny El Capitan, a przy nim ogromne wodospady z topiących się śniegów, spadające z samych szczytów.

El Capitan
Trochę informacji o Kapitanie
Naszym celem był parking na samym końcu doliny i tam też zostawiliśmy samochód. Dalej mogliśmy przemieszczać się pieszo lub shuttle busem, który regularnie kursuje w dolinie. Już z parkingu mieliśmy przepiękny widok na Half Dome, więc wycieczka zaczęła się wspaniale. Pogoda była bardzo ładna i świeciło słońce, ale było chłodno, a wiosna była tu o wiele młodsza niż na południu Kalifornii. W wielu miejscach leżał jeszcze śnieg, nawet w dolinie, nie mówiąc już o wyższych partiach gór. Przebraliśmy się więc w koszulki termiczne, długie spodnie i softshelle oraz buty trekkingowe. Na parkingu było tak rześko, że zabraliśmy również czapki, szaliki i porządne rękawiczki. Choć tak naprawdę zabralibyśmy je niezależnie od temperatury. Z górami nigdy nic nie wiadomo – pogoda jak w każdych innych górach może zmienić się nagle, a przezorny zawsze ubezpieczony, czyli zabiera ciepłe ubrania, kurtkę przeciwdeszczową, zapas jedzenia i wody oraz (papierową) mapę terenu.


Na parkingu przywitała nas wiewiórka
Mapkę przestudiowaliśmy po drodze do parku w poszukiwaniu krótkich i ładnych szlaków, które moglibyśmy przejść w pół dnia. Dojechaliśmy do parku tuż przed południem, czyli dość późno, a chcieliśmy wyjechać jeszcze przed zmrokiem, aby uniknąć nocnej jazdy krętą i wąską drogą. Mieliśmy na uwadze, że z doliny do wyjazdu z parku jedzie się około 1,5 godziny, czyli mieliśmy czas maksymalnie do 17-tej. No cóż, taki urok wiosny – słońce zachodzi dość wcześnie (a tak przy okazji – trzeba to dokładnie sprawdzić planując jakąkolwiek podróż).

Nasz wybór padł na Yosemite Falls. Jest to najwyższy wodospad w USA i jeden z najwyższych na świecie – prawdziwe cudo natury. Ma 739 m wysokości i jest kaskadowy, czyli składa się z 3 części. Z dołu wygląda pięknie, choć nie wydaje się aż tak wysoki. Jego dolna część jest zwana Lower Yosemite Fall (Dolny Wodospad), górna – Top lub Upper Yosemite Fall (Górny Wodospad). Wygląd wodospadu zmienia się w różnych porach roku - najwięcej wody pływa nim po zimie, czyli późną wiosną, trafiliśmy więc na całkiem dobry okres do jego podziwiania.


Yosemite Falls
Informacje o sezonowych zmianach w wyglądzie wodospadu
Do Lower Fall prowadzi krótki loop trail (szlak „pętlowy”). Trasa jest łatwa i jednocześnie bardzo ładna, w sam raz na krótki spacer z rodziną. Do Upper Fall trzeba się wspiąć, więc szlak jest dłuższy i bardziej wymagający. Postanowiliśmy przejść oba szlaki zaczynając od trudniejszego, z założeniem, że zawrócimy mniej więcej w połowie czasu, tak aby wrócić na 17 do samochodu (szlak na Lower Fall był bliżej parkingu, więc mogliśmy go „zaliczyć”  drodze powrotnej).

Mapa szlaków pieszych prowadzących do wodospadów
Postanowiliśmy ruszyć do wejścia na szlak pieszo (alternatywa to shuttle bus), żeby na początek zrobić sobie spacerek doliną, do czego zachęcała nas przepiękna pogoda. Szliśmy wzdłuż drogi. 
Wszędzie było pełno turystów: wycieczek i całych rodzin. W pobliżu parkingu znajdowało się Visitor Center, sklepy z pamiątkami, restauracja i kawiarnia, gdzie siedziały prawdziwe tłumy miłośników górskich wycieczek. Kupiliśmy tam kawę i ruszyliśmy dalej uznając, że trzeba korzystać ze słońca, które później mogło zniknąć. Szło się bardzo przyjemnie, przypadkowo napotkani ludzie radzili nam, skąd najlepiej zrobić zdjęcie i które szlaki są ciekawsze. 

Informacje o kursowaniu shuttle busów
Krajobrazy po drodze do Yosemite Falls
Już niedaleko :)
Dojście do szlaku na Upper Fall zajęło nam więcej czasu niż się spodziewaliśmy,  co zmusiło nas później do wcześniejszego powrotu. Wynikało to stąd, że pytając kogoś o czas dojścia do szlaku do Yosmite Falls uzyskaliśmy odpowiedź, że zajmuje to ok. 20 minut, co zachęciło nas do wyboru spaceru zamiast przejazdu. Faktycznie, szlak do Lower Yosemite Fall był niedaleko. Nie byliśmy jednak świadomi, że do szlaku na Górny Wodospad jest jeszcze spory kawałek. Nie zraziliśmy się jednak, ponieważ spacer był bardzo przyjemny a widoki niezapomniane. Postanowiliśmy po prostu pilnować czasu i zawrócić w odpowiednim momencie.
Informacje o szlaku do Upper Yosemite Fall
Szlak do Upper Yosemite Falls
Szlak na Upper Yosemite Fall jest przepiękny. Oboje uwielbiamy chodzić po górach i naprawdę byliśmy zachwyceni. Na początku trasa ma formę charakterystycznego zygzaka, ponieważ inaczej podejście byłoby zbyt strome. Idzie się więc trochę jak chomik w labiryncie, ale za to jakie piękne można podziwiać widoki. Na początku trasa jest ułożona z porośniętych mchem kamieni i wygląda jak z Władcy Pierścieni. 
Szlak do Yosemite Falls
Wyżej szlak jest bardziej eksponowany i miejscami biegnie nad całkiem głębokimi przepaściami. Jego trudność oceniłabym na łatwą do średniej. Ze szlaku jest piękny widok na dolinę i granitowe szczyty, wśród których majestatycznie króluje Half Dome – coś pięknego. 


Pierwsze widoki po wyjściu nad poziom drzew
Widoki ze szlaku do Upper Yosemite Fall

Szlak do Upper Yosemite Falls miejscami bywa dość mokry i śliski, ale za to przepiękny
Przepiękny widok ze szlaku (a dokładnie z Columbia Rock) na Dolinę Yosemite i Half Dome
Wspinaczka była trochę męcząca i zrobiło nam się za ciepło w naszych zimowych strojach, zdejmowaliśmy więc po drodze wierzchnie części garderoby. Polecam nawet wczesną wiosną zabrać ze sobą lub założyć pod spód koszulkę z krótkim rękawem – w mojej termicznej z długim było mi zdecydowanie za gorąco.

Po drodze minęliśmy chłopca, który wracając z góry ostrzegł nas, że dalej na szlaku jest śniegi lód, więc trzeba uważać. Jak miło :) Wyżej szlak schodził nieco w dół, głębiej w las i w końcu dotarliśmy pod górny wodospad. Widok na białą wysoką kaskadę był naprawdę wspaniały. Nie był to jednak jeszcze koniec szlaku (byliśmy w ok. 2/3 drogi), który biegł dalej, na samą górę. Szybkie obliczenia pokazały, że musimy już wracać i nie zdążymy dotrzeć na szczyt. Byliśmy jednak dalecy od rozczarowania i mieliśmy poczucie, że cel osiągnęliśmy – mieliśmy wspaniałe widoki na całą dolinę i górny wodospad oraz mnóstwo endorfin we krwi po niezbyt długiej, aczkolwiek nieco męczącej wspinaczce. Zejście w dół było już samą czystą przyjemnością. Po drodze mijaliśmy skałkowych wpinaczy, których do parku przyjeżdża bardzo wielu. Głównym celem tych bardziej ambitnych jest zazwyczaj ogromna pionowa ściana Half Dome.


Upper Yosemite Fall
Tak jak planowaliśmy, zeszliśmy jeszcze na szlak do Niższego Wodospadu. Udało nam się to trochę rzutem na taśmę, bo ledwo dotarliśmy na miejsce, a zaczął padać deszcz i niewiele zostało z pięknej pogody. Sam wodospad był jednak piękny. Jeśli nie zależy Ci na przyjemności z samej wspinaczki, możesz przejść się tyko tutaj – jest płasko, a równie pięknie jak na górze (no może poza brakiem wspaniałych widoków z góry na dolinę i Half Dome). 


Yosemite Falls
Lower Yosemite Fall
Wodospad spadał z dużą siłą do rzeki, można było stanąć na drewnianym mostku i go podziwiać. Dookoła też było bardzo przyjemnie – las i wiele powalonych drzew oraz widoczne ślady gwałtownego przepływu wody po ulewach. Cała okolica jest porośnięta pięknym lasem z drzewami przypominającymi nieco nasze świerki, ale jeszcze smuklejszymi i wyższymi. Nie wiem jaki to gatunek, ten temat zostawię więc dendrologom. 

Strumień za wodospadami
Wymyte przez deszcze i tymczasowe strumienie okolice wodospadu
Deszcz siąpił coraz mocniej i robiło się późno, postanowiliśmy więc wracać. Po drodze chcieliśmy jeszcze wysłać kartki pocztowe, ale spóźniliśmy się 5 minut na pocztę, otwartą do 17-tej. Nie bardzo się tym faktem przejęliśmy. Kartki i magnesy kupiliśmy w sklepie obok i postanowiliśmy wysłać je gdzie indziej. Po takim wspaniałym spacerze mogliśmy zadowoleni jechać dalej – tym razem do Economy Inn w Los Banos, gdzie zabookowaliśmy nocleg po szybkiej ucieczce przed środkiem na karaluchy we Freśnie. :) Kolejnego dnia czekała nas droga do San Francisco!

A w hotelu nowiutkie lampy - jeszcze w folii ;)