środa, 12 listopada 2014

Dolina Śmierci pełna życia

Z Las Vegas wyjechaliśmy w kierunku parku Doliny Śmierci (Death Valley), zatrzymując się po drodze w Pahrump na tankowanie i zakupy. Chcieliśmy skorzystać z okazji , ponieważ czekała nas bardzo długa droga do Bakersfield i nie wiedzieliśmy jak szybko po drodze znajdziemy stację benzynową. Trochę nieciekawie byłoby zostać bez paliwa na środku pustyni.:) W Death Valley jest awaryjna stacja benzynowa, ale po pierwsze trzeba do niej dojechać, a po drugie paliwo kosztuje około 6 $ za galon.

Dolina Śmierci
Death Valley to najgorętsze miejsce w Stanach Zjednoczonych - ogromny, suchy i pusty teren otoczony górami, przez do dociera do niego bardzo niewielka ilość opadów. Do tego bardzo płaski - różnica poziomów między jednym a drugim końcem jest minimalna i liczona w centymetrach. Nazwa doliny nie wzięła się wbrew pozorom od dużej liczby nieszczęśników dokonujących żywota na tej właśnie pustyni, ani od tego, że niewiele organizmów może na niej przeżyć. Podobno grupa pionierskich podróżników nazwała ten region "Doliną Śmierci", ponieważ uczestnicy wyprawy zgubili się i byli przekonani, że nie wyjdą z tej przygody żywi (ostatecznie zmarł jeden z nich). Wydaje mi się, że nazwa jest adekwatna, ponieważ z uwagi na ekstremalne warunki klimatyczne jest to miejsce niebezpieczne, szczególnie latem, gdy temperatury dochodzą do 50 stopni Celsjusza. Dlatego zwłaszcza tutaj należy pamiętać o zabraniu dużej ilości wody i innych środkach bezpieczeństwa o których więcej w poście "Parki Narodowe USA".

Przez park wiedzie kilka asfaltowych dróg, więc najczęstszym sposobem jego zwiedzania jest po prostu przejechanie samochodem przez całą dolinę z przystankami po drodze. Ważne jest przy tym, żeby samochód miał dobrą klimatyzację :) Zwłaszcza latem.

Jedziemy do Doliny Śmierci
Postanowiliśmy wjechać do Doliny Śmierci drogą 178 i udać się na północ wzdłuż Badwater Rd, a następnie na zachód i południe, żeby zobaczyć jak najwięcej w ciągu naszej jednodniowej wycieczki. Od Pahrump jechało się wspaniale. Samochodów nie było prawie wcale, przed nami rysowała się tylko sięgająca po horyzont wstęga zakurzonej drogi i piaskowe góry w oddali. Po drodze napotkaliśmy wrak samochodu niczym w filmach o amerykańskim odludziu, co oznaczało, że teren jest naprawdę dziki. W końcu zobaczyliśmy przed sobą magiczny znak "Park Narodowy Doliny Śmierci". Tu wyjątkowo nie było bramek, nikt nie sprawdzał biletów przy wjeździe. Niech Was jednak nie zwiedzie ta pozorna wolność - bilety trzeba mieć i mogą być skontrolowane. W parku znajdują się punkty, gdzie można je kupić (np. przy Badwater Basin).

Po drodze robiło się coraz cieplej i krajobraz stał się wyraźnie pustynny. Pogoda była piękna i słoneczna - na niebie ani jednej chmurki. Temperatura w Death Valley wiosną wynosi zazwyczaj 25-30 stopni Celsujsza w ciągu dnia. Trafiliśmy jednak za prawdziwe załamanie pogody, bo według prognoz miało być zadziwiająco chłodno - niecałe 20 stopni. W tym samym czasie Los Angeles i całą południową Kalifornię nawiedziły nadzwyczajne o tej porze roku śnieżyce, o których głośno było we wszystkich wiadomościach. W rzeczywistości nie było tak "zimno" - samochodowy termometr wskazywał nawet 27 stopni. Temperatura była przyjemna i na szczęście nie musieliśmy testować naszej wytrzymałości na ekstremalne upały, jakie panują tam latem.

Marzec w Dolinie Śmierci - dość "chłodny"dzień
Mimo braku wielkich upałów, chcieliśmy zachować się ostrożnie, zgodnie z zaleceniami dla odwiedzających Dolinę Śmierci, i nie polegać zupełnie na naszej elektronice. Nie dostaliśmy jednak mapy na wjeździe, ponieważ, jak wspomniałam wyżej, nic oprócz znaku tam nie było. Postanowiliśmy więc pojechać po mapkę do Visitor Center, ale znajdowało się ono dopiero w Furnance Creek, czyli prawie w połowie naszej trasy przez Death Valley. Na szczęście po drodze mapa nie była nam potrzebna - jechaliśmy cały czas tą samą drogą i nie było gdzie zabłądzić. Po drodze podziwialiśmy ciągnącą się po obu stronach pustynną równinę ciągnącą się do podnóży gór. Gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zrobić kilka zdjęć, zaskoczyła nas głucha cisza dookoła. To była chyba najcichsza cisza, jaką słyszałam w życiu - żadnych samochodów, ludzi, nawet wiatru. Po prostu pustka odizolowana od świata górami. Coś wspaniałego.

Tych, którzy spodziewają się, że na takim pustkowiu nic nie żyje i nie rośnie, mogę zaskoczyć. Jadąc przez park widzieliśmy po obu stronach mnóstwo żółto i biało kwitnących roślin, które wspaniale wyglądały na tle pustynnego piasku i martwych gór dookoła. Tak dużo życia w tak nieprzyjaznym miejscu! To drugi obok temperatur powód, aby do parku jeździć wiosną :) Dopiero w miarę wjeżdżania w głąb Death Valley ilość roślinek wyraźnie zmalała, a teren zrobił się suchy i surowy. 

Na początku było całkiem zielono
Krajobraz przechodził w bardziej stepowy
Nawet na pustyni rosły kwiaty
Zwierząt w parku też jest sporo - w Dolinie Śmierci żyje ponad 300 gatunków ptaków i 50 gatunków ssaków, do tego pustynne gady, płazy a nawet...ryby. Ale o rybkach później.

Jak żyje się w otoczeniu piasku i słonej wody
Jednym z najbardziej znanych widoków kojarzonych z Death Valley są słynne przemieszczające się głazy, których zagadka przez wiele lat pozostawała niewyjaśniona i których w ruchu nigdy nikt nie widział. Żeby do nich dojechać, trzeba się jednak przeprawić przez spory kawałek trudnej i nieutwardzonej drogi, gdzie podobno łatwo złapać gumę i nabawić się kłopotów. Nawet nie rozważaliśmy tej opcji, ponieważ jeździliśmy wypożyczonym samochodem i umowa zabraniała nam takich praktyk. Poza tym żadne ubezpieczenie nie obejmowało zdarzeń na nieutwardzonych drogach. Tak więc ten rejon postanowiliśmy ominąć. Zadowoliliśmy się informacjami z internetu, że naukowcom w końcu udało się wyjaśnić fenomen magicznych pustynnych kamieni - po prostu ślizgają się po lodzie, który powstaje ze zbierającej się wody, a następnie przy wyższej temperaturze topnieje i wyparowuje.

Jadąc przez Death Valley zwiedziliśmy natomiast ruiny budynku, który na początku XX wieku służył do przetwarzania wydobywanej w pobliży rudy złota. Miejsce to jest na pewno kojarzone z pięknymi czasami dzikiego Zachodu, ale obecnie wygląda jak zwykły kawałek muru otoczony piachem. Nie robi więc piorunującego wrażenia na Europejczyku. Aby się tam dostać, trzeba przejechać kilkaset metrów po nieutwardzonej wąskiej drodze (tu zaryzykowaliśmy), co wzbija w powietrze ogromne chmury piachu i powoduje, że samochód wygląda jak po ciężkiej burzy piaskowej. :) Szału nie ma, ale za to jest całkiem porządna toaleta na środku pustyni, do której, jak widzieliśmy na własne oczy, przyjeżdżają specjalnie nawet przedstawiciele lokalnej policji :)

Tablica informacyjna przy Ashford Mill
Ruiny Ashford Mill
Z Ashford Mill ruszyliśmy dalej na północ, w kierunku Badwater Basin. Jest to najniżej położone miejsce w Stanach Zjednoczonych, jedna z najgłębszych depresji na świecie (86 m poniżej poziomu morza). Regularnie zalewa je spływająca woda, która jest "zła" z powodu dużej zawartości minerałów i soli oraz związanej z tym niezdatności do picia. Źródłem soli w death Valley jest woda spływająca do doliny z ogromnego obszaru po opadach deszczu, która nie ma ujścia i wyparowuje, zostawiając zebrane po drodze minerały, głównie sól kuchenną. Woda wysychając pokrywa cały teren białą solną skorupą popękaną w sześciokątne kształty. Są to solanki, po angielsku zwane salt flats (można je zobaczyć po drodze również w kilku innych miejscach, jednak Badwater Basin jest zdecydowanie najbardziej spektakularny). 

Jechaliśmy i jechaliśmy zafascynowani krajobrazem. Płaski teren bez żadnych punktów odniesienia wywoływał złudzenie, że dolina jest dużo mniejsza niż w rzeczywistości. W pewnym momencie urosła przed nami niewielka góra. Jechaliśmy ciągle w jej kierunku, a ona ani trochę się nie zbliżała i jedynie w niewielkim stopniu rosła. Okazało się, że znajdowała się naprawdę daleko i dojazd do niej zajął niemal pół godziny. Mieliśmy jednak przez cały czas wrażenie, że dotrzemy do niej za 2-3 minuty. :)

Przy Badwater Basin jest spory parking i toalety.  Przy parkingu znajduje się małe drewniane molo, a przy nim maleńkie płyciutkie jeziorko (taka większa kałuża), w którym żyje lokalny unikatowy ślimak (niestety nie udało nam się go zobaczyć). Drewniany pomost przechodzi w niesamowicie długą solną ścieżkę, która jest twarda i udeptana, jak śnieg na chodniku. Nie wiem jak daleko sięga ten język solnego dywanu, ale miałam wrażenie, że ciągnie się kilometrami. Można spokojnie wyjść na długi spacer, byle nie zapuszczać się za daleko, bo robi się gorąco, a cienia nie ma :) Teren dookoła jest pokryty przez solne kryształki cienką i kruchą warstwą. Próba nadepnięcia na ziemię w tym miejscu skończyłaby się pewnie rozgruchotaniem pod butem tej misternej konstrukcji. Mogłaby też być niezbyt bezpieczna, ponieważ pod solną skorupą bardzo często znajduje się grząskie błoto.

Badwater Basin
 Badwater Basin
Jeziorko Badwater
Tablica informacyjna o jeziorku
Tablica informacyjna przy solankach
Ziemia pokryta cienką solną skorupą
W tym samym miejscu, po drugiej stronie drogi, znajduje się szczyt, na który można wjechać od innej strony, aby podziwiać Badwater Basin z góry. Punkt widokowy nazywa się Dantes View. Nie mieliśmy już czasu na takie wycieczki, a z dołu widok też był całkiem niezły, tak więc bez żalu pojechaliśmy dalej. 

Na górze Dantes View, na dole parking
Zboczyliśmy nieco z drogi i wjechaliśmy na Atrist's Drive. Jest to jednokierunkowa, bardzo wąska i kręta droga, która wspina się na górę i później schodzi w dół do głównej trasy. Bardzo ją polecam, bo jest przepiękna i malownicza. Droga otoczona jest skałami o bardzo pięknych kolorach, które powstały w wyniku wietrzenia skał, utleniania metali zawartych w skałach oraz obecności różnych minerałów. Góry wyglądają tam, jakby ktoś rzucał w nie kulkami z farbą. Coś niesamowitego. Zjeżdżając drogą w dół można podziwiać widok na całą dolinę i odległe, proste jak drut drogi. W wielu miejscach połyskują w dole oświetlone słońcem solniska, które wyglądają z daleka jak błyszczące jeziora.

Do punktu widokowego przy Artist's Drive trzeba odbyć mały spacerek :)
Widoki są niesamowite
Sama jazda krętą malowniczą drogą jest wspaniała
Po obu stronach góry piachu i skał
Niektóre wyglądają jak hałdy węgla
Widoki z Artist's Drive
Artist's Drive
Przy zjeździe z Artist's Drive można podziwiać widok na Dolinę Śmierci i solne "jeziora"
Jadąc dalej dotarliśmy w końcu do Furnance Creek. W Visitor Center było wiele map, które można było nabyć, obok magnesów, przewodników i różnych innych gadżetów. Wystarczyło jednak poprosić park rangera, aby za okazaniem biletu do parku otrzymać standardową darmową mapę i gazetkę. Z taką mapką mogliśmy ruszać w drogę, choć tym razem bardziej przydała się nam gazetka z informacjami.

Furnance Creek
Jadąc jeszcze dalej zatrzymaliśmy się w cudownym miejscu, które odnaleźliśmy dzięki gazetce i mapce z Visitor Center - było to Salt Creek.

Salt Creek to miejsce niezwykłe - oaza w środku ogromnej martwej pustyni. Wiosną cały terem jest porośnięty piękną i bujną roślinnością, a przez jego środek płynie po piasku płyciutki na kilka centymetrów strumyczek ze słoną wodą. Latem strumyczek zupełnie wysycha, więc podróżując tam w innych porach roku niż wiosna nie można podziwiać tego cudu natury.

Strumyczek aż kipi życiem. Pływają w nim tysiące maleńkich ruchliwych rybek, które szorując brzuszkami po piasku bawią się ze sobą wesoło. Niesamowity jest to widok. Rybki podobno szaleją tylko wiosną. Gdy strumień wysycha, zagrzebują się w piasku i hibernują. Co za niesamowite stworzenia! Jest to gatunek rybki występujący tylko w tym miejscu.

Tablica informacyjna o pustynnych rybkach
A tu nieco informacji o rybich rozrywkach ;)
Wzdłuż strumyczka można przejść się szlakiem - specjalnie wybudowaną drewnianą kładką. Bardzo polecam taki spacer! Po drodze można poczytać o żyjących w okolicy zwierzętach. W niewielkich solankach, które w niektórych miejscach sąsiadują z kładką widać odciski łap małych ssaków. Niestety też odciski butów turystów, którzy mimo zakazu niszczą niemal skamieniałe w soli tropy naturalnych mieszkańców tego terenu.

Tablica informacyjna przy Salt Creek Trail
Salt Creek Trail
Jak widać odwiedzających nie jest zbyt wielu :)
Za to jest romantycznie :)
Słony strumyczek jest naprawdę płytki
A rybki maciupcie
Im dalej w górę strumienia tym więcej wody
Cały teren się zazielenia
I wygląda tak
Trochę informacji o dawnych mieszkańcach okolicy
A tu tajemnicze ślady jakiegoś zwierza
Przy Salt Creek też jest toaleta ;) To się nazywa cywilizowana pustynia
Przy naszej drodze leżały jeszcze piaskowe wydmy, jednak z uwagi na zbliżający się szybko wieczór, obejrzeliśmy je tylko przez okno samochodu.

Wydmy w Death Valley
Wyjeżdżaliśmy z Death Valley baaardzo długo i na drodze byliśmy praktycznie sami. Skręciliśmy ze 190-tki w Panamint Valley Road, bo była to krótsza droga wydawało nam się, że dojedziemy nią szybciej niż gdybyśmy jechali położoną bardziej na zachód trasą 395 i nadrobili nieco kilometrów. Nie wiem, czy rzeczywiście ta trasa jest szybsza, ale sądząc po porównaniu na Google Street View jest mniej uczęszczana, bardziej "polna" i tym samym pusta.

Zaczęliśmy czuć się dziwnie na tej pustyni i chcieliśmy koniecznie wyjechać z niej przed zmrokiem, aby uniknąć jazdy w zupełnych ciemnościach po pustkowiu. Okolica nie była zbyt ciekawa do spędzania nocy, a zasięg komórek pojawiał się tylko czasami:) Ne szczęście zawsze można liczyć na pomocną dłoń. Kiedy zatrzymaliśmy się przy poboczu na zrobienie zdjęcia włączając światła awaryjne (nie byliśmy pewni czy wolno się tam zatrzymywać - niby środek pustyni ale linia była ciągła, a o liniach w prawie drogowym w USA nie wiedzieliśmy zbyt wiele). W jakiejś odległości za nami jechał pick-up, którego kierowca od razu zatrzymał się i zapytał czy wszystko w porządku.

Wyjeżdżamy z Death Valley
Ostatni rzut oka na piękne tereny za nami
Rozświetlona zachodzącym słońcem trasa 190. Błyszczący teren w oddali to po prostu piasek i kryształki soli odbijające światło
Słońce zachodzi za górami
A na trafia się jeszcze nieutwardzona droga - i nie ma wyjścia,  jechać dalej trzeba
Dalsza droga była nieco bardziej emocjonująca. Zmierzch zbliżał się, a żadnej ludzkiej osady nigdzie nie było widać. Czuliśmy się dość dziwnie.

Dopiero pojawienie się linii energetycznych czy telefonicznych na słupach dało nadzieję na bliski powrót do cywilizacji :) Faktycznie, kilkanaście kilometrów dalej było miasteczko, ewidentnie przemysłowe i żyjące z wydobycia i przetwarzania soli. Widzieliśmy rampy kolejowe i góry soli przeznaczone do przeładowywania. Życie tam, pewnie ze względu na odludzie i brak czegokolwiek poza domami i budynkami przemysłowymi, raczej nie było sielankowe. Poznaliśmy to po dużej liczbie opuszczonych i zabitych dechami budynków. Zmierzchało i czuliśmy się jak w prawdziwym ghost town. Później przejechaliśmy jeszcze sporo kilometrów wąskimi drogami w ciemności i częściowo we mgle mijając jeden samochód na pół godziny. Wjazd na autostradę był jak zbawienie dla oczu i duszy :) Czekały nas jeszcze ponad 2 godziny jazdy.

Po drodze jeździły niemal same ciężarówki, zastanawialiśmy się więc, dlaczego niemal nikt nie porusza się samochodem osobowym po 21-szej. Może dlatego, że jazda po słabo oświetlonych lub w ogóle nieoświetlonych drogach bardzo męczy oczy i mózg? Nocna jazda nie jest komfortowa również dlatego, że Amerykańscy kierowcy raczej nie mają w zwyczaju zmiany długich świateł na światłą mijania i jest się regularnie oślepianym przez nadjeżdżające z przeciwka auta.

Dojechaliśmy do Bakersfield późno, mocno zmęczeni podróżą, ale szczęśliwi po wspaniałej wycieczce. Następnego dnia mieliśmy w planach odwiedzenie parków Sequoia i Kings Kanion, ale obawialiśmy się, że pogoda może pokrzyżować nam plany, co potwierdziło się kolejnego dnia, ale o tym w następnym poście. :)

środa, 22 października 2014

Viva Las Vegas!

Tę oto radosną pieśń nucił mój Ukochany po drodze do stolicy rozpusty:) Rozpusty co prawda nie planowaliśmy, ale i tak ciekawiło nas to niezwykle miejsce otoczone pustynią jak okiem sięgnąć.

W Las Vegas wszyscy jeździli znacznie szybciej niż wynosiła dozwolona prędkość, a silny wiatr boczny powodował, że trzeba było mocno trzymać kierownicę. Dojazd do hotelu wspominam jako niezły rajd :) Trzeba się też przyzwyczaić do kocich oczek zamiast namalowanych pasów na jezdni, ale to widzieliśmy już wcześniej.
Wjeżdżamy do Vegas - bajkowe centrum handlowe wyrywa teren pustyni
Las Vegas było początkowo małą oazą na pustyni, która rozwinęła się dzięki swojemu położeniu przy linii kolejowej z LA do Salt Lake City. Po kryzysie spowodowanym strajkiem kolejarzy, który dotknął miasteczko na początku lat 20., życie w Vegas tchnęła budowa zapory Hoovera na rzece Kolorado. Tysiące ludzi zjeżdżały, aby zobaczyć ten ósmy cud świata i przy okazji zatrzymywały się w Vegas, aby trochę się zabawić (w mieście w 1931 roku zalegalizowano hazard, więc miejsce było idealne). Pracownicy budowy, mimo niewielkiej ilości wolnego czasu, również korzystali z dobrodziejstw miasteczka - w wiosce wybudowanej specjalnie dla robotników wszelkie formy rozrywki typu hazard czy alkohol były zakazane, a  zarobione na budowie pieniądze można było wydać w Vegas w legalnych kasynach. 

Prawdziwy boom Las Vegas zaczęło przeżywać podczas II wojny światowej, kiedy pracownicy przemysłu zbrojeniowego z całej okolicy ściągali do miasta na weekendy, aby się zrelaksować. Do rozwoju Vegas przyczynił się amerykański rząd, który dofinansowywał infrastrukturę, np. wodociągi czy drogi (w dużej mierze jako część New Deal). Kiedy wszelkiej maści gangsterzy i mafiozi zwietrzyli tam żyłę złota, nowe luksusowe hotele i kasyna zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Tak właśnie rozpoczął się proces tworzenia Las Vegas jakie znamy dziś - stolicy hazardu i rozrywki, gdzie wszystko jest dozwolone, a miliardy dolarów przepływają codziennie przez kasyna napędzając koniunkturę i rozwój miasta. Dla ciekawych podaję link do mojego ulubionego dokumentu o historii Las Vegas: https://www.youtube.com/watch?v=rPZXBStMfwU.

Liczba mieszkańców Las Vegas ciągle się zwiększa, a na przedmieściach nowo powstałe osiedla wyrywają coraz więcej terenów pustyni. Prosperita przyciąga mieszkańców jak magnes, co sprawia sporo problemów logistycznych. Miasto jest otoczone pustynią, a dwóm milionom ludzi trzeba zapewnić m.in. wodę i prąd.

Zasilanie Vegas to wyzwanie samo w sobie. Miasto zużywa tak ogromne ilości energii, że można by nią obdzielić nieduży kraj. Wbrew temu, co myślą niektórzy, elektrownia przy zaporze Hoovera produkuje jedynie 2% energii potrzebnej dla miasta. Reszta w większości pochodzi ze źródeł konwencjonalnych. Położenie Vegas i jego odcięcie od świata stwarza ogromne ryzyko blackoutu, ponieważ nie można skorzystać z alternatywnej sieci w przypadku awarii. To zaś wiązałoby się z ogromnymi stratami finansowymi, które miałyby spory wpływ na gospodarkę całych Stanów Zjednoczonych. Dlatego w mieście bardzo dba się o sieć energetyczną regularnie, konserwując ją na wysokim napięciu z helikopterów, przy użyciu specjalistycznego sprzętu. Konserwatorzy narażają życie, ale innego sposobu nie ma, ponieważ sieci zwyczajnie nie można czasowo wyłączyć. Większość ogromnych hoteli-kasyn jest zaprojektowana tak, aby nigdy nie była wyłączana z użycia na czas remontów i konserwacji! Zainteresowanym polecam bardzo ciekawy dokument na ten temat wyprodukowany przez National Geographic "Megacities: Las Vegas". Dokument jest co prawda z 2005 roku, ale myślę, że bardzo  dużo nie stracił na aktualności.

Głównym celem turystów w Las Vegas jest słynny Las Vegas Strip, czyli ulica, przy której znajdują się największe (choć nie jedyne) hotele/kasyna/centra rozrywki w mieście. Strip ma długość ok. 7 km (licząc od Mandalay Bay do Stratosphere), więc trzeba się nieźle nachodzić. Słynny znak Welcome to Fabulous Las Vegas znajduje się kawałek dalej, za Mandalay Bay. Wzdłuż ulicy jeżdżą autobusy (the Deuce), którymi można przemieścić się w inne miejsce. Aktualne ceny biletów można sprawdzić na stronie rtcsnv. Tu mapa trasy: http://www.rtcsnv.com/wp-content/uploads/routes/2013/Deuce(07-07-13).pdf. Podróżowanie samochodem odradzam, nie opłaca się szukać parkingów. My wybraliśmy zwiedzanie piesze, które było bardzo przyjemne i pozwoliło poczuć atmosferę Vegas. Było też bardzo męczące, co odczuwaliśmy po przejściu kilkunastu kilometrów i co skłoniło nas do zrezygnowania z oglądania dalej położonych hoteli i kasyn.

Przecinamy Strip. Widać wieżę hotelu Paris. Górą przebiega kładka dla pieszych.
Widok na Stip z kładki dla pieszych z poprzedniego zdjęcia
Hotele przy Stripie to prawdziwe mini - miasta. Aż 7 na 10 największych hoteli świata znajduje się w Las Vegas. Każdy z nich ma kilka tysięcy pokojów (przeciętnie 23 tysiące, największe niemal 7 tysięcy). W zależności od sposobu liczenia największy hotel to MGM Grand (6852 pokoje) lub Venezian+Palazzo (jako kompleks 7017 pokojów). Dolne piętra hoteli zajmują ogromne kasyna i gigantyczne centra handlowe. Wejścia i wyjścia na ulicę są tak zaprojektowane, żeby gość musiał przejść przez sklepy i kasyno. Dotyczy to nawet przejść przez ulicę, które przy Stripie mają formę kładek nad ulicą i prowadzą wprost do wnętrza budynku. Żeby wyjść na ulicę trzeba zejść na dół, oczywiście przez kasyno i centrum handlowe. W hotelach znajdują się oczywiście również słynne sale ślubne, które znamy z filmów. Żadnej niestety nie udało nam się zobaczyć od środka.

Architektura, fasady i wystrój wnętrza hoteli-kasyn są bardzo często tematyczne. Tradycję tę zapoczątkował hotel Caesar's Palace, stylizując się na starożytny, grecko-rzymski budynek, a za jego przykładem poszły inne. I tak mamy hotel Venezian, czyli mini-Wenecję, hotel Paris, czyli miniaturkę Paryża, New York New York - nie trzeba już chyba mówić w jakim klimacie, czy Luxor w formie egipskiej piramidy.

Na pierwszym planie kanał hotelu Venezian, który przechodzi do wnętrza. W oddali hotel Treasure Island
A to miejscowy Pałac Dożów
Tak wygląda w środku :)
Jest i most Rialto 
I plac świętego Marka - to na górze to pomalowany sufit, nie prawdziwe niebo
Ogromne hotele Encore i Wynn o zachodzie słońca
The Mirage
Statek przy Treasure Island
Taka mini fontanna di Trevi - w Caesars Palace
To niesamowite jak miasto tętni życiem. Tysiące ludzi przewijają się codziennie przez sklepy i kasyna. W dzień widać ich mniej - odsypiają nocne szaleństwa albo są jednodniową wycieczką i wieczorem wracają autokarem do hotelu. W nocy Las Vegas odżywa. Tysiące neonów rozświetlają ulice, na które wylegają prawdziwe tłumy. Zapewne neonowe szyldy kosztowały w niektórych przypadkach prawie tyle co całe kasyno. Las Vegas świeci i migocze jak szalone. Naprawdę robi wrażenie :)

Strip - o tej porze jeszcze nieco opustoszały
Strip o zmierzchu - ogromny budynek po prawej to hotel-kasyno Aria
Paris i Ballys
Las Vegas w nocy
Skrzyżowanie przy MGM
Excalibur
Vegas nocą oglądane z kładki przy New York New York
New York New York z kolejką górską na dachu
Mały Brooklyn Bridge
Statua Wolności z cukierków
Inne znane miejsce to starsza część Vegas czyli Fremont Street, położona w Downtown. Nam niestety nie udało się tam dotrzeć, ale na pewno jest to miejsce godne polecenia.

Przy Fremont Street pierwsze znane w Las Vegas hotele i kasyna. Po powstaniu Stripu (który powstał z uwagi jego na dobrą lokalizację przy drodze międzystanowej) miejsce trochę podupadło - konkurencja okazała się za silna. Aby przywrócić życie i ruch turystyczny w Downtown kasyna i hotele z Fremont Street połączyły siły budując Fremont Street Experience - pełne neonów ogromne kasyno-centrum handlowe z charakterystycznym zadaszeniem. FSE otwarto w 2007 roku. Oprócz grania w kasynach można tam obejrzeć wiele ulicznych show.

Część ulicy położona na wschód od FSE, zwana obecnie Fremont East District, została później reaktywowana przez władze miejskie jako miejsce rozrywki, aby uczynić z Fremont Street jeszcze bardziej atrakcyjne miejsce konkurujące ze Stripem.

Dalej na wschód od Fremont East znajduje się mnóstwo moteli wyglądających trochę jak z thrillerów klasy B. :)

Hotele przy Fremont Street są znacznie tańsze niż przy Stripie, więc mieszkanie tam jest na pewno korzystniejsze dla budżetu. Jeśli jedziesz do Vegas na kilka dni, możesz rozważyć opcję wybrania hotelu przy Fermont Street i dojeżdżania do Stripu np. komunikacją miejską (parkingi są dość drogie). My wybraliśmy trzecią opcję, czyli hotel Tuscany Suites & Casino, o którym więcej w rozdziale "Gdzie mieszkać w Vegas".

Co robić w Las Vegsas?

Większość przyjeżdża przeżyć przygodę swojego życia, oderwać się zupełnie od codzienności i wygrać fortunę. Automatów w kasynach są setki i trudno znaleźć wolne miejsce. Szczególnie  rzuca się w oczy duża liczba emerytów. Granie jest oczywiście fajne i emocjonujące, ale trzeba pamiętać o jednej świętej zasadzie - kasyno zawsze wygrywa. :) Z naszych zainwestowanych 4 dolarów szybko zrobiło się 10, ale ostatecznie wyszliśmy z kasyna Flamingo z kuponem na 7 centów :) Dalej nie graliśmy, pamiętając radę pana spotkanego w Zionie: "Nie próbujcie zarobić w Las Vegas na swoje wakacje". Ukochany sporo czytał o zakładach, historii MIT, które rozpracowało kasynowy system i innych podobnych. Ze wszystkich wynika jedno - szansa na wzbogacenie się jest nikła. Co widać po przepychu i lejących się z okien hoteli wzdłuż ulic Vegas miliardach dolarów.

Jeśli nie masz duszy hazardzisty i nie chcesz przegrać biletu do Polski, potraktuj Vegas jako miejsce rozrywki i atrakcję turystyczną. Samo przejście przez hotele i  centra handlowe może zająć mnóstwo czasu, o shoppingu nie wspominając. Odległości są naprawdę ogromne i czuć to w nogach :) A zakupy warto zrobić, jeśli ma się czas, ponieważ ceny w sieciówkach są zazwyczaj niższe niż w Polsce. Są tam nawet sklepy pewnej znanej polskiej firmy kosmetycznej w czarno-białych barwach. W niektórych centrach handlowych poczuć się można jak na ulicy w Paryżu czy Wenecji (mamy nawet plac świętego Marka i prawdziwe pływające gondole ze śpiewającymi gondolierami). Niesamowita jest architektura niektórych miejsc, na przykład ogromne rzeźby i schody w Caesars Palace.

"Uliczka" w Venezian
A to kanał i gondole
Uliczka w "Paryżu"
Caesars Palace - galeria handlowa
Kasyna też są atrakcją samą w sobie. W środku nie ma okien, nigdy nie wiadomo czy jest dzień czy noc, nigdzie nie ma zegarów. Krupierzy kuszą przechodzących zapraszając do stolików z kartami. Dywany są specjalnie projektowane, a ich wzory mają za zadanie pobudzać i ożywiać. Wszystko to po to, by jak najdłużej zatrzymać gościa w kasynie i oskubać go z jak największej ilości gotówki ;)

Motocykl w kasynie Treasure Island
Wejście do kasyna Caesars Palace
Vegas to również stolica wielkich show z udziałem prawdziwych gwiazd estrady. Z miastem nierozłącznie kojarzeni są np. Elvis Presley czy Frank Sinatra. Pamiętaj, że przy Stripie stoją blaszane budki, w których sprzedaje się bilety last minute, zazwyczaj na bieżący lub kolejny dzień. To może być świetna okazja na przykład dla wielbicieli Cirque de Soleil, który swoją stacjonarną scenę ma właśnie w Vegas. Na każdym kroku będą Was też zaczepiać ludzie sprzedający wycieczki helikopterem do Grand Canyonu. My się nie skusiliśmy, bo już tam byliśmy, ale jeśli ktoś wybiera się tylko do Vegas jest to na pewno interesująca opcja.

Cirque de Soleil ma spektakle na przykład w The Mirage
Nie chcesz wydawać zbyt dużo pieniędzy? Nie ma sprawy - i tak zapomnisz o nudzie. Prawdziwą gratką dla turystów są uliczne pokazy organizowane przez kasyna, które mają przyciągać graczy. Zaczęło się od wybuchającego wulkanu w The Mirage (obecnie pokaz odbywa się od godziny 19 co pół godziny). Później w ślady hotelu poszły inne i zaczęły organizować widowiska z naprawdę wielkim rozmachem. Znane są na przykład wybuchowe pokazy na statkach piratów w Treasure Island (niestety były w remoncie w czasie naszego pobytu). W hotelu-kasynie Excalibur, wyglądającym jak zamek z kreskówek o średniowiecznych księżniczkach, odbywają się pokazy średniowiecznych błaznów (tam już nie dotarliśmy, nogi odmówiły nam posłuszeństwa przy MGM :)). W Circus Circus codziennie można zobaczyć pokazy cyrkowe (tam też już nie dotarliśmy). Caesars Palace oferuje pokaz wewnątrz, przy fontannie, gdzie starożytni bogowie walczą o władzę nad światem. New York New York ma na dachu kolejkę górską, którą można się przejechać. Największe wrażenie wywarły na mnie jednak fontanny Bellagio, które są uruchamiane co 15 minut, za każdym razem do innej piosenki. Strzelająca w górę woda i sama wielkość fontanny robią niesamowite wrażenie. Pod wodą znajduje się ogromny mechanizm, układany w różne wzory w zależności od choreografii. Mechanizm wynurza się spod wody tuż przed pokazem. Niesamowite było to, jak bardzo rytmiczny i kreatywny był ten wodny taniec. Interpretacja muzyki w znakomitym wydaniu.
Fontanny Bellagio
Fontanny Bellagio
Wulkan Mirage tuż przed wybuchem

Dla zainteresowanych większą liczbą rzeczy, które można za darmo zrobić w Vegas, podaję link: http://travel.nationalgeographic.com/travel/city-guides/free-las-vegas-traveler/

Gdzie mieszkać w Vegas? 

No cóż, najlepiej na Stripie lub w jego pobliżu. Hotele nie mają wbrew pozorom zaporowych cen, wiele z nich jest o wiele tańszych niż w innych miastach. Dlaczego? Bo zarabia się na kasynach. Bardzo polecam hotel, który my wybraliśmy - Tuscany Suites & Casino. Znajduje się w odległości 10-15 minut piechotą od Stripu, przy przecznicy przecinającej go mniej więcej w połowie, na wysokości hotelu Paris. Ma kilka zalet - jest w nim znacznie ciszej niż przy Stripie i ceny ma bardziej przystępne. Wnętrza są bardzo ładne, basen też niczego sobie. Ogólnie byliśmy bardzo zadowoleni. Oczywiście jest w nim też kasyno :)

Nasz pokój w Tuscany Suits&Casino
Spędziliśmy w Vegas dwa dni i to nie wystarczyło do pieszego zwiedzenia wszystkich hoteli i kasyn. Wychodziliśmy na Strip późnym popołudniem, dzień przeznaczywszy na spanie i wylegiwanie się przy basenie. Ponieważ pokazy w kasynach odbywały się o różnych godzinach, często chodziliśmy w tę i z powrotem. Sporo spacerowaliśmy również w poszukiwaniu jedzenia, podczas wędrówek po gigantycznych centrach handlowych czy też w celu zrobienia nocnych zdjęć Miasta Grzechu. Kilometry naprawdę czuć było w nogach. Musieliśmy w związku z tym ograniczyć zwiedzanie Stripu do odcinka MGM - Lynn.  Mam więc nadzieję na następny raz i odwiedzenie wnętrza Luxoru :)

wtorek, 14 października 2014

Nevada - pustynia z sercem


Nevada to bardzo pusty stan - gdzie okiem sięgnąć, tam pustynia lub step. Zamieszkuje go 2,7 miliona mieszkańców, z czego 2 mln skupiają się w aglomeracji Las Vegas. Stolicą stanu jest niewielkie Carson City (ok. 50 tys. mieszkańców), ale to właśnie Vegas stanowi szybko i mocno bijące serce stanu. To ogromne bajkowe miasto, dorosłe wesołe miasteczko, rozświetlona wyspa w środku pustyni.

Stolica amerykańskiego hazardu to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalne miejsce w Nevadzie. Innym znanym miejscem które odwiedziliśmy był Park Narodowy Doliny Śmierci, który leży w zasadzie w Kalifornii, przy granicy z Nevadą. W Nevadzie znajduje się jego niewielka część. Charakterystyczne dla stanu jest to, że automaty do gier są nie tylko w Vegas, ale wszędzie - w sklepach, knajpkach, na stacjach benzynowych. Dlatego tankując łatwo poznać po której stronie granicy się znajdujemy.

Niewiele więcej jestem w stanie napisać, ponieważ nasza wizyta w Nevadzie, podobnie jak wielu innych turystów, ograniczyła się do odwiedzenia stolicy rozpusty :) Ale z to jaka to była wizyta! O tym już niebawem. :)

Hotel Venezian w Las Vegas
Pustynny piasek dookoła Vegas
Parking przy Walmarcie w miejscowości Pahrump
Zmierzamy do Death Valley. Ani jednej chmurki